RSS
 

Kobieta gamma

03 cze

Wszystkie moje miłości znalazły już swoje miłości.
Tak, to jak by stracić prawo do posiadanych marzeń.
Cóż mnie teraz zostaje? Mam być zazdrosna? Daj spokój!
Zazdrość kosztuje zbyt wiele. Nie stać mnie w tym wszystkim
jeszcze na zazdrość. Dziś mam siłę już tylko odwracać oczy, bo
nie mam siły patrzeć, jak te moje miłości mają swoje miłości.
Że to ludzi tak stać..?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Placek

29 maj

Dzień dobry, wróciłam:) fajnie nie?

Wróciłam, bo na studiach zaczyna mi się sesja i powinnam się teraz uczyć,
w pracy mam kilka spraw do załatwienia i powinnam mieć je już z głowy,
doganiają mnie ostateczne terminy i powinnam robić teraz coś innego,
dlatego, jak dziś, muszę czasem odłożyć wszystko pod biurko
i chociaż chwilę poudawać, że czas mnie nie goni i nie płynie.

Mój dzisiejszy wpis będzie o staraniu się trochę za bardzo, komitragicznym poświęceniu
oraz rozpaczliwej próbie udowodnienia światu i sobie, że… umiem zrobić tego placka.
Komitragizm jest wtedy, kiedy „tragedia przeżywać, śmiech opisywać”.

Streszczając- placek miał być gotowy na środę rano.
Już dwa dni wcześniej  lustrowałam sklepy i chodziłam po najwykwintniejszych Biedronkach
w celu nagromadzenia najbardziej odpowiednich (okiem eksperta) składników.
Aż przyszedł wtorek wieczór.
Chłodny wieczór, godzina 22, wszyscy domownicy już położyli się spać. Co robię ja?
Tłukę pod gołym niebem za domem pierwsze orzechy włoskie do placka…
Trzeba mi ich było prawie pól kg, a już kilka minut później zaczął padać deszcz.
Oprócz nich potrzebowałam jeszcze trzech warstw ciasta.
Pomyślałam, że szkoda czasu i kiedy ta będzie się piekła, będę wracać do rąbania orzechów.
Dwa razy mi wyszło, do ostatniej ‚wróciłam za późno’ i się spaliła.
W lekkiej panice i ledwowystarczalności składników udało się to nadrobić.
Kiedy zakończyłam powyższe procesy, było coś po 1:30.
Czyżby już finisz? Nie,
trzeba było zmielić orzechy, a mi wcześniej do głowy nie przyszło, że
Pani Maszyna do mielenia orzechów zachowuje się głośniej niż kombajn. I tutaj
placek pogrzebany, bo nawet gdybym ją wyniosła do garażu, mogłabym obudzić tym pół wsi.
Pomyślałam, że do 9 rano mam jeszcze trochę czasu, wstanę więc o 5 i dokończę.

Budzik zadzwonił mi o 5:30, wstałam godzinę później;] Usłyszawszy, że domownicy już wstają
zmieliłam, co miałam zmielić, zrobiłam masę i już naprawdę wystarczyło wszystko tylko połączyć.
Wzięłam więc do rąk, całkiem delikatnie, pierwszą warstwę i… w palcach zostały mi tylko dwa małe
odłamane kawałki z prostokątnej warstwy, która moment później rozsypała się na dziesiątki małych,
nieforemnych kształtów, których nie było nawet jak do siebie dopasować…
Było za późno, żeby piec je od nowa. Ale wtedy jeszcze się nie załamałam. Po prostu pomyślałam,
że ten pójdzie na dół, albo do środka, jakoś się poklei tą marmoladą, przywali resztą i nie będzie widać,
w końcu mam jeszcze dwie całe warstwy i nie ma się czym przejmować! Odkładam więc warstwę na stosik
i nauczona doświadczeniem, jeszcze delikatniej, ujmuję drugą warstwę. Tym razem w palcach zostały mi
trochę większe kawałki… Tylko trochę większe. Tutaj byłam już lekko podłamana.
Ale przynajmniej dało się z tego poskładać jakąś, miejscami płaską, powierzchnię. Chyba nigdy wcześniej
nie zdobyłam się na większą delikatność, niż wtedy, kiedy podnosiłam ten ostatni równy placek.
Ale trzecia również się rozpadła, a wraz nią… ja.
Mój czas się już kończył, miałam za sobą niewyspaną noc, a przed sobą trzy stosiki, które miały być
podstawami wspaniałej plackowej konstrukcji. A tu co? Gruz.
Układam je więc kolejno na spodzie blachy i udaję, że nic się nie stało, zalepi się tą marmoladą,
przykryje tą orzechową masą i tak dalej i tak dalej. Na koniec zalałam to nieszczęście polewą i przysypałam
czymś kolorowym. Stanęłam i nie mogłam uwierzyć, że nic nie widać. Udał się i wyglądał, bezczelny,
jak gdyby nigdy nic się nie stało. Kolorowy, jak gdyby nigdy nikt się przy nim nie załamał
i w ogóle spontanik, luzik…
Przynajmniej był dobry. Wiem to od osób, które tak mówiły przez następne pół roku;p

Zawsze doceniajmy czyjś kulinarny trud. Nigdy nie wiemy, czym go przypłacił,
żeby sprawić nam przyjemność, lub żeby po prostu
dotrzymać słowa.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja

 

Świetlówka

11 mar

Stoję przy oknie i czynię zabiegi upiększające przed wyjściem z domu, kiedy nagle dzwoni telefon.
Pan z drugiej strony słuchawki przedstawiwszy się zaprasza mnie na
rozmowę kwalifikacyjną.
Byłam już na tego typu rozmowie rok temu. Tym razem od razu po rozłączeniu zrobiłam listę Swoich Wad, gdyż rok temu niemal poległam na pytaniu o tę właśnie kwestię (wtedy nie wiedziałam od czego zacząć). Mija kilka godzin, a telefon dzwoni znowu – tym razem jest to przesympatyczna pani, a dzwoni żeby poinformować, że przecież już byłam na takiej rozmowie rok temu, że nie trzeba drugi raz i już mogę zacząć pracę!
Szczerze mówiąc myślałam że do tego czasu dawno przepadłam i że już o mnie zapomnieli..
A tu proszę, warto mieć nadzieję ;) Ludzie to czasem mają porządek w papierach.

Pierwsze dni minęły mi dość nieudolnie.
Nietypowy obrót spraw sprawił, że żadnej z osób które miały mnie wdrożyć do pracy do końca tygodnia nie będzie. Mam czekać na polecenia i tak mija mi czas na tym czekaniu.. Tak oto wczoraj przez cały dzień:
-przeczytałam sześć artykułów o przewozach w lotnictwie i wzroście popytu na piwo w Afryce,
-uzupełniłam notatki z wykładów,
-nabiłam sobie guza,
-zepsułam biurko,
-wypiłam kawę.
Nie jestem przyzwyczajona do tego że mam tyle czasu.
Wychodząc wyciągam rękę żeby zgasić światło, a środkowa świetlówka…
gaśnie pierwsza. Ona czekała na mnie, czekała, aż zrobię to Ja tą swoją nieszczęsną ręką,
żeby na koniec tego niefortunnego dnia spalić się akurat przy mnie!

Nie zdziwię się jeśli niebawem zakończę swoją karierę na tym jej początku ;-)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii emocje, praca

 

Szczurza nadzieja

03 mar

Lubię czytać o eksperymentach, o ile nie są brutalne.
Nieraz zadziwia mnie to, jak w takich eksperymentach reakcje zwierząt są podobne do reakcji ludzi. Nie wiem jak ludzie doszli do tego, że co wyjdzie im na szczurach, to sprawdzi się na ludziach, ale trzeba przyznać, że czasem się sprawdza… Ryby, szczury, myszy, kury… kto by pomyślał;)

W pewnym eksperymencie do akwariów z wodą wrzucono dwa szczury.
Pierwszy szczur utonął po 15 minutach, przy czym powodem jego zgonu nie było wyczerpanie,
tylko zatrzymanie akcji serca, po prostu zawał. Inne szczury w takiej sytuacji też topiły się po takim czasie.
Drugiemu szczurowi przed upływem tego czasu podano przedmiot, po którym mógł na jakiś czas wydostać się z wody i odpocząć, po czym ponownie wrzucono go do wody - tym razem drugi szczur był w stanie pływać jeszcze 15 godzin (60 razy dłużej niż pierwszy).

Może liczył na to, że ktoś jeszcze się nad nim zlituje ;p

A my?
Jak długo potrafi trzymać nas w trwaniu przy czymś nadzieja?
A jak długo potrafią trzymać nas przy tym  złudzenia?
Niektórych długo. Z jednej strony warto mieć nadzieję, z drugiej-
nie wiadomo kiedy znowu, nie wiadomo czy jeszcze coś się wydarzy…
Myślałam o tym w kontekście robienia komuś nadziei. Załóżmy że ktoś daje ci do zrozumienia,
że jest tobą zainteresowany- miłe gesty, miłe słowa, to co lubisz i… ma cię. Ale mija niedługi czas, a on
te same zabiegi zaczyna czynić wobec innej osoby. Co o tym myśleć? Czy to jego nielojalność, czy twoja naiwność? Czy …? Jak silne powinny być, a jak słabe mogą być, podstawy do tego, żeby jeszcze
mieć na coś nadzieję?

Eksperymentator podtapiający szczury może wydawać się bezwzględny. A co powiedzieć o ludziach, którzy burzą się, kiedy topi się szczur, a jednak nie widzą nic złego w eksperymentowaniu z ludźmi?
Wybiórcza wrażliwość – wybiórcza bezwzględność

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ludzie

 

Rzecz o włosach

19 lut

Kopytkuję sobie chodnikiem swoim optymistycznym krokiem
w blasku zachodzącego Słońca i spokoju mieszkańców wsi.

Wydaje mi się, że dobrze wyglądam – w końcu wcześniej, pierwszy raz w tym miesiącu,
nałożyłam na swoje przydługie włosy swoją extra odżywkę, której, mówiąc wprost
szkoda mi używać ( po 1). szkoda mi na to czasu, po 2). szkoda mi bo była droga,
a po 3). na takie włosy to szkoda… (‚czy one czegoś jeszcze potrzebują?’) ). 

Kopytkuję więc.
Wtem, ktoś, nie pytając, ani nawet nie uprzedzając, łapie mnie za moje 115 000 włosów…
115 000 długich cienkich nitek zakotwiczonych w zbyt unerwionej głowie napręża się pod uściskiem dłoni i hamuje rozpędzoną postać na środku chodnika…
To moja towarzyszka postanowiła właśnie przeprowadzić oględziny;

-Rozpięciorają ci się, trzeba uciąć.
Cóż, może nie jest dobrze myśleć o sobie zbyt wiele, bo szybko można się przekonać
o przewrotności i nieprawidłowości swoich wyobrażeń o sobie.
A więc tu już nawet nie ma mowy o rozdwajaniu, a o Rozpięcioraniu końcówek.
Jakoś, że tak powiem, przyzwyczaiłam się do tego że takie są… 

Powiem więcej.

Każdy zdrowy włos kończy się przynajmniej pięcioma końcówkami.
Włos, który kończy się tylko jedną końcówką jest po prostu jeszcze niedojrzały,
zwyczajnie NIEROZWINIĘTY. Widzieliście kiedyś drzewo bez rozgałęzień? No. :)
Jeśli włos ma tylko jedną końcówkę, to najwyraźniej czegoś mu brakuje, może jakichś witamin, a najpewniej brakuje mu… ciepłego strumienia powietrza z suszarki 

;)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii poglądy

 

Ogrodnikiem być

03 sty

Ogarnęła mnie swego czasu miłość do kwiatków i innych żyjących roślin. Uwzględniając szeroki wachlarz rodzajów miłości, powiedziałabym, że ta była plantoniczna. Ówczesny niewielki kawałek parapetu i biurka pożytkowałam na kolejne wytwory flory- nie były to gatunki z najwyższej półki, nie były to też pierwsze lepsze chabazie. Ogród niby nie miał imponujących rozmiarów, choć to oczywiście zależy…
Zależy, co komuś imponuje.

W swoim z pozoru nieprzestronnym wnętrzu mieściłam już dalię,
kaktusa, maciejkę i jakiś różowy kwiatek, do dziś nie wiem jak się nazywa.
Do spełnienia moich skromnych ogrodniczych marzeń brakowało jeszcze mięty..
Niebawem wprowadziła się i mięta. Wnętrze zakwitło i ożyło.

Niestety nie jestem doświadczonym ogrodnikiem,
ani nie mam najszerszego pojęcia o pielęgnowaniu kwiatków i jak by to powiedzieć…

Kaktus zgnił, z maciejek wyrosła pleśń, dalia uschła, po czym wypuściła jeszcze cztery kwiatki, a mięta… Mięta to była agentka! Codziennie udawała, że umarła i codziennie ożywała. Niektórzy mówią, że z kwiatkami trzeba rozmawiać. Nie wiem, czy można to nazwać rozmową, ale po całym dniu nieobecności przypadałam do parapetu z krzykiem: „Ooo nieee umaaarłaaa, co ja Ci znowu zrobiłam!”, po czym zalewałam ją wodą, a ta… zmartwychwstawała.  Człowiek  szuka w naturze wyciszenia, a tu taki emocjonujący obrót spraw. Z czasem można się przyzwyczaić i na widok zwiędłych liści mieć już solidne podstawy by twierdzić, że pewnie zaraz wszystko wróci do normy. Jednak w końcu poległa i mięta. Wypuściła kwiatki i pociemniały jej liście- to chyba był jej czas. Z całego mojego skromnego ogródka ostał się tylko ten mały różowy kwiatek. Nie wiem jak się nazywa, ale dawałam mu najmniej… Wydawał się taki wrażliwy i delikatny. Może ma wolę przetrwania, a może… wreszcie się rozumiemy;)

Z roślinami jest trochę jak z ludźmi – i oni i one bywają nieprzewidywalne.
Są wśród ludzi takie kaktusy, okazy siły, nieprzystępne jednostki,
takie dalie, co zdaje się, że się poddała, a jeszcze na wiele ją stać,
takie niezmordowane mięty, co choć tysiąc razy upadnie, powstaje,
i takie małe różowe kwiatki, co w oczach innych dawno miały dać za wygraną, 
a przeżyły ich wszystkich.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii blog

 

Moja bratowa

16 gru

Odbyłam wczoraj poważną rozmowę ze swoim bratem. Mój brat ma 8 lat,
ale nie patrzcie z góry na jego wiek, czasami zdaje się myśleć poważniej,
niż jego dziesięć lat starsi rówieśnicy.

-Iwona, a ty będziesz mieć męża?
Siedzisz bezczynnie przed monitorem bezmyślnie śledząc wzrokiem kolorową kulkę wchłaniającą kolorowe kropki i nagle ktoś, po kim najmniej byś się tego spodziewał,
w najmniej spodziewanym momencie zadaje ci pytanie, które dotyka najgłębszych części twojego jestestwa… Nigdy nie wiem jak odpowiadać na tego typu pytania. W powijakach zbierając myśli udzieliłam jakiejś niezadowalającej siebie odpowiedzi.

-Bo ja mam dziewczynę.
-Tak? Jak ma na imię?
-Natasza.
-Musi być ładna..
-No, ma takie złote włosy… Jest w drugiej klasie, ma 7,5 lat.
Przypomniałam sobie wtedy, że też kiedyś myślałam że mam chłopaka, tylko nikomu o tym nie mówiłam. Po prostu myślałam, że jak ktoś mi się podoba, to znaczy że jest moim chłopakiem :) Byłam wtedy jakoś w wieku mojego brata :) Stąd moje pytanie:
-A ona wie, że jest twoją dziewczyną?
-Wie, mówiłem jej kiedyś.
-Tak?
-No, w ogóle się nie wstydziłem.
-A ty będziesz miał kiedyś żonę?
-Tak, weźmiemy ślub z Nataszą.
To musi być coś poważnego.  Ja tam w jego wieku jeszcze nie myślałam,
żeby za piętnaście lat myśleć o myśleniu, aby w przyszłości założyć rodzinę..
-I gdzie będziecie mieszkać?
Spytała Iwona w obawie, że będzie się musiała wyprowadzić wcześniej, niż myśli.
-Na łące.
-Na łące???
-Nie na łące. Na łące wybudujemy dom, niedaleko żeby mieć do was blisko
i będę zarabiał dużo pieniędzy.

-Aaa. Będziecie mieć dzieci?
-Tak.
-Ile chcesz mieć dzieci?
-3…

Chyba prędzej zostanę ciocią, niż żoną ;)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii blog, rodzina

 

One day of rest

11 lis

Otworzyłam dziś oczy już po szóstej. Obudził mnie tata ponaglający brata, aby zbierał się do szkoły.
Mój tata ma trójkę dzieci, ale nigdy nie orientował się kiedy wypadają dni wolne od szkoły.
Oj tam oj tam, do niedawna nie orientował się ile mam lat;)
Obudziłam się zmęczona i nie miałam ochoty nigdzie iść, posłuchałam więc dzisiaj siebie i dałam sobie jeszcze dwie godziny snu. Ale dlaczego niby jestem zmęczona? Że niby mało śpię? Że niby niezdrowo się odżywiam? Przecież zjadłam wczoraj… zjadłam wczoraj… No dobra.
Dzień jeszcze dobrze się nie zaczął, a już czuję się jak spalona żarówka, jakby
zgasły we mnie wszystkie światła. Chyba nie za wszystkim stoi niewyspanie, jedzenie i hormony…
Dałam sobie dziś też czas na kontemplacje, zadumy, rozmyślania, oglądanie filmu i czytanie książek.
Obejrzałam film, który przypomniał mi czym jest poczucie marnowanego czasu- pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno byłam gotowa pójść na to do kina. Zachęcona fajnym cytatem wzięłam się też za czytanie książki- jednej, a potem drugiej.. Jednak sumienie, ani gust, nie pozwoliły mi dokończyć żadnej z nich.
Może ktoś poleci mi jakąś fajną pozycję? :)
Szybko minął mi dzień
i znowu późno idę spać..

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii blog

 

Parasol

07 lis

Zauważyliście, że od dwóch tygodni nie pada deszcz?
Środek jesieni, a taki słoneczny :) wspaniale, o takiej jesieni marzyłam.
Pomyśleć, że jeszcze kilka tygodni temu deszcz zdawał się już nigdy nie przestać padać,
a Słońce już nigdy nie wyjść. Na właśnie taki obrót spraw postanowiłam się wtedy przygotować.
Wszystkie moje parasolki połamały się już tak doszczętnie, że nawet gdybym nie przejmowała się,
jak z nimi wyglądam, to i tak trzymanie nad sobą sponiewieranego płótna na połamanym drucie
na niewiele by się zdało… Wtedy zaświtała mi w głowie Myśl. Ta myśl z tych myśli, co to jak się pomyśli,
to już nie ma odwrotu: pragnieniowa potrzeba posiadania dużego, silnego, wspaniałego,
tęczowego parasola. Nie liczyłam, w ilu sklepach go szukałam,
ale na poszukiwaniach obeszłam niejedną galerię. Na nic. Chyba we wszystkich galeriach
jest to samo i nie ma tego samego. W końcu przypomniałam sobie, że rok temu widziałam taką
cudowność w jednym sklepiku z galanterią skórzaną, niezbyt pewnie postanowiłam do niego zajść.
Był! Nie inny, dokładnie Taki. Spytałam panią, czy mogłaby mi go pokazać;
zdejmuje więc parasol z wystawy i z eksperckim przekonaniem zaczyna opisywać wszystkie jego walory:
-Jest solidny, ma drewnianą laskę i aż 21 drutów, to jeden z naszych najbardziej wytrzymałych modeli.
I kiedy mówiła to „wytrzymałych modeli” z impetem go rozłożyła,
rączka została jej w dłoni, a parasol z laską odleciał w stronę, w którą się rozkładał. Wspaniały widok;)
-To się pochwaliłam..
Chyba było jej głupio, ale zapewniła, że ten odeślą i wymienią. Dopytałam więc, kiedy mogę wrócić
i po kolejnym tygodniu deszczu wróciłam. Pani już mnie pamiętała, przyniosła parasol z zaplecza
przyznając się, że testowała go z koleżanką na wszystkie strony, więc już na pewno będzie ok.
Nareszcie! Już nie straszny mi był deszcz, ulewa, niepogoda…

Kupiłam go w czwartek, dwa tygodnie temu.
Od dwóch tygodni nie pada deszcz:)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii blog

 

Troche nieba

20 paź

niebo-001

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii