RSS
 

Storczyk Buntownik

14 sty

Nabyłam storczyk. Nie, nie wyglądał tak jak ten poniżej…
FullSizeRender (8)Był prosty, pionowy, ułożony… Ale usechł.
Nie był to jednak koniec jego barwnej egzystencji.
Jego liczne korzenie miały się całkiem nieźle,
szczególnie jeden, który postanowił oderwać się od reszty i pójść rosnąć gdzie indziej -
od jakiegoś czasu obserwuję jego podróż poza doniczkę i widzę że ewidentnie próbuje stąd nawiać.
Podobnie rzecz ma się z łodygą i kwiatkiem. A podobno wszystkie rośliny rosną korzeniami w dół
i łodygą do góry, bo wynika to z prawa grawitacji… Mój storczyk chyba tego nie wie.
Albo nie chce być jak jego nudni koledzy i postanowił żyć inaczej niż to mdłe pospólstwo.
Wniosek? Nie ważne za kogo Cię mają – bądź tym, kim chcesz być. Mój storczyk został ptakiem :)

Myślę jeszcze, że gdyby mógł mówić, byłoby to coś w stylu:
„-Nie mów mi jak mam żyć!”
„-Grawitacja to bujda!”
„-Jestę ptakię!”

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Malinówka

28 gru

Nie to żebym jakoś szczególnie przepadała za alkoholem, nic z tych rzeczy. Po prostu ciekawość. Oj tak, ciekawość wszystkiego to taka cecha charakteru, która bardzo urozmaica życie – warto pielęgnować.
Jednak ostatnio zapędziła mnie ona w rzadko interesujący mnie rejon, a mianowicie na monopolowy.

Po wykonanych na sklepie zakupach (bułki, mleko, pomidor…) ustawiłam się z koszem w tej kolejce, co to wiecie… Można tam kupić ten… alkohol. Cóż to były za emocje, co pomyślą o mnie ci ludzie z kolejki? (‚o proszę, taka młoda, z jedzenia to ledwo co, ale procent musi być, pewnie studentka, pewnie stypendium przyszło, te studia to tylko rozpijają, ciekawe czy matka wie, ale kto by pomyślał – jak to można alkoholizm maskować, że po człowieku nie widać a w czterech ścianach to nie wiadomo co się będzie działo…’), choć pewnie nie pomyślą nic. Z powyższego można już wywnioskować, że rzadko zdarza mi się kupować alkohol :) Kolejka się skraca, napięcie rośnie, ale wiem co mam zrobić, podjęłam tę decyzję już dawno. Pan ekspedient przejmuje moje zakupy i wtedy mówię ja:
„-Poproszę jeszcze likier kawowy.” Jednak w pewnym momencie zaabsorbowania pakowaniem zakupów, dobiega mnie alkoholicznie brzmiące pytanie pana ekspedienta:
„-Malinówka?” Upycham bułki w ciasnej torbie i usłyszawszy pytanie myślę ‚No gupi. Mówiłam przecież przed sekundą że likier kawowy, to co mi teraz wyskakuje z jakąś malinówką!’ Powtarzam więc wyraźnie i patrząc w oczy panu ekspedientowi:
„-KaWoWy”. Pan ekspedient patrzy na mnie i przez moment patrzymy na siebie..

Ta chwila zawieszenia w tym prostym międzyludzkim wzajemnym niezrozumieniu, wynikłym z dwuznaczności, z niedomówienia, z rozbieżności celów i sposobów myślenia, rozbieżności stanów emocjonalnych i funkcjonowania na pozór w tym samym, mentalnie jednak w innych światach..

Patrzę jednak niżej i zaczynam rozumieć jego pytanie, gdyż widzę że nie trzyma w rękach flaszki z innym, jak mi się wydawało, malinowym alkoholem, tylko… pomidora.

„-A tak, malinówka.” Wymieniliśmy porozumiewawcze heheszki i uciekłam z miejsca zdarzenia, żeby mnie nikt nie zdążył dogonić i wytropić, gdzie będzie się odbywać ta libacja. ;)

No i co? Tyle planów, tyle zachodu, a stoi w lodówce już drugi tydzień.
Nie pomidor. alkohol :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii obyczaje

 

Małe spotkanie

16 gru

Przedwczoraj minęło 2 miesiące. Miałam wystarczająco dużo czasu, żeby to sobie poukładać, żeby się do tego ustosunkować, a może nawet zdystansować. 2 miesiące minęło od pewnego ‚małego spotkania’, po którym z mojego życiorysu wypadł mi jakiś tydzień, po którym dochodziłam do siebie jakiś miesiąc. Muszę to gdzieś opisać, gdzieś wyolbrzymić lub gdzieś z tego zakpić – taki mam sposób na ‚umarcie’ dla czegoś, co nie daje mi spokoju. To nie wystarczy, ale nie zaszkodzi :)

W moim życiu w ostatnich latach dużo się pozmieniało. Ile dokładnie, to wiedziałby ktoś, kto cały czas by wtedy ze mną był a do tego miał dobrą pamięć. W skrócie mówiąc, byłam kiedyś fest wycofana. Pani M., z którą od roku współpracuję, tego nie wie. Nie wie jaka jestem, wie tylko jaka umiem być, jeśli trzeba kogoś zagrać. Ale nie wie np., że kiedyś to szlak mnie trafiał jak ktoś się na mnie niepotrzebnie patrzył i marzyłam żeby być niewidzialna; albo że czasem przejście chodnikiem w miejscu które wydawało mi się publiczne, było dla mnie krępujące, bo ludzie patrzą – tak, na pewno wszyscy na mnie patrzą, dlaczego nie można po prostu zapaść się pod ziemię. Ale ani moi współpracownicy, ani znajomi ze studiów nie znają mnie od tej strony. Może dlatego że nie do końca na tym studiach byłam sobą, a dokładniej – sporo zrobiłam wbrew sobie, czując że tak naprawdę się do tego nie nadaję. Moje życie studenckie zaczęło się bardzo aktywnie, bo zostałam starostą (ukraińsko-polsko-kazachskiej grupy 80 studentów, 3,5 roku niezapomnianych wrażeń) – w sumie to inni mnie o to sami poprosili; powiedziano mi, że prawie nic nie będę robić, więc się zgodziłam (kłamali:) Dziś nie żałuję, bo było to trochę rozwijające. Wyraźnie zobaczyłam, jak wielka jest różnica między tym, co widzą osoby, które mnie nie znają i sugerują się zaledwie kilkoma faktami, a tym wszystkim, co widzę i co wiem o sobie ja. Na trzecim roku dostałam się na staż na swojej uczelni i gdyby było mi mało kontaktów międzyludzkich i publicznych, z obowiązku zostałam liderem koła. Na czwartym wkręcono mnie jeszcze (twierdząc że będę się świetnie nadawać) w rolę, hm, aż dziwnie mi to nazwać po imieniu… więc nazwę to tak.. w rolę takiego studenckiego head’a liderów kół. I wtedy tedy zaczęła się moja współpraca z panią M. – pracownikiem uczelni. Niedługo poźniej z przykrością zrozumiałam, dlaczego ktoś właśnie taki jak ja ‚świetnie się tutaj nadaje’. Nie czuję tego jakoś specjalnie, ale mówili mi że head kół to podobno prestiżowy state – na tyle prestiżowy, żeby dwa miesiące temu wziąć udział w pewnym spotkaniu…

Zauważyłam że w miejscu, gdzie pracuję, wszystkie ważne formalne sprawy załatwia się w taki sposób, żeby mieć na to podkładkę, czyli nie na słowo, tylko raczej ‚na maila’. Nie oskarżajmy nikogo o brak zaufania – to praktyczne, zdrowe podejście, dające swego rodzaju poczucie bezpieczeństwa. Tak powinno być.
Ale pani M. nie napisała do mnie maila, tylko zadzwoniła. Zadzwoniła we wtorek po południu i powiedziała:
‚-Pani Iwono, w związku z tym że pełniła pani taką funkcję przez ostatni rok, chciałam panią spytać czy nie mogłaby pani przyjść w piątek na takie spotkanie organizacyjne i opowiedzieć coś o kołach naukowych, o stypendiach, zachęcić studentów do działalności, ja pani prześlę materiały o tym co powiedzieć, ale absolutnie nie musi pani czytać z kartki. To będzie krótkie spotkanie i taka, ja wiem, nieduża grupa studentów pierwszego roku. Miałam to zrobić ja w zastępstwie za panią prorektor, ale nie będzie mnie wtedy w pracy. Mogłaby pani przyjść?
-Jasne, kiedy dokładnie?
-W piątek o 16:00.
-Dobrze, to czekam na maila materiałami od pani.’
Pani M. przysłała mi ‚maila’ z plikiem w wordzie w którym były tylko jakieś ogólne informacje o stypendiach, grantach i cała lista kół, czyli wszystko co wiedziałam.  W treści maila napisała jeszcze, że to tylko propozycja tekstu i absolutnie nie muszę jej czytać z kartki. Nie potrzebowałam więcej, bo myślałam że to małe spotkanie ze studentami pierwszego roku i my sobie w tym gronie tak po prostu poopowiadamy, jak to wygląda działanie w kołach u nas, jak się ustawić ze stypendiami, ja i studenci, krótkie spotkanie, mała grupa…

Mieszkam blisko uczelni, więc się nie spieszyłam. Wybiegłam ubrana jak do pracy – spodnie, sweterek, niby wszystko pasuje, a po co lepiej? Dotarłam na 15:55. Zbliżam się do sali, do której miałam przyjść na spotkanie, ale pewna pani przed progiem mnie zatrzymuje i mówi, że ja to mogę zostawić swój płaszcz w sali obok… Nie rozumiem, w pierwszej chwili chciałam jej powiedzieć że przecież na krześle sobie położę, ale posłusznie udałam się do drugiej sali. Troszkę zdębiałam, bo przebierały się tam już w takie uroczyste szaty władze uczelni i mimo że próbowałam niezauważona przemknąć bokiem, żeby w tym jakże niefortunnym miejscu tylko rzucić płaszczyk na krzesło, niektórzy oblecieli mnie wzrokiem,  jak bym o czymś zapomniała, ale trochę zmieszana wyszłam i udałam się w stronę sali na spotkanie. Idąc do sali zaczęłam się coraz bardziej niepokoić, po co to wszystko, a zbliżając się do sali coraz lepiej słyszałam ile jest w niej ludzi… Wiecie, coś takiego, jak kiedy zbliżacie się do sali w której siedzi dużo ludzi i część rozmawia, taki pogłos. Stanełam w progu sali, w której miałam mieć swoje spotkanie z małą grupą studentów i zobaczyłam że w auli wypełnionej po brzegi jest już około 300 osób. Byłam w szoku, bo zaczęłam rozumieć co to za spotkanie i że nie jestem na nie w żaden sposób przygotowana. Może mogłam uciec? Pobiec i komuś się poskarżyć? Nie mogłam, byłam w szoku, nie wiedziałam co mam robić. Wiedziałam tylko, że jeśli to zepsuję, to stracę wszystko na co tutaj przez ostatnie 4 lata pracowałam – dobrą opinię, pracę, skompromituję się w najgorszy możliwy sposób w oczach ludzi których znam i których nie znam, tych na których zdaniu na mój temat mi zależy, wystawię się na niekorzystny widok publiczny. I pomyślałam jeszcze, że przecież nikt mi nie uwierzy, bo nie mam żadnych, ale to żadnych dowodów, żadnego maila oprócz tego z ogólnym plikiem w wordzie i komentarzem, że ‚to tylko propozycja, której w ogóle nie muszę czytać’… Chciałam zapytać pani przy progu, kiedy dokładnie będę mówić, ale nie była chętna do rozmowy, dwa razy odpowiedziała tylko że ona mnie zapowie jak będzie moja kolej. Usiadłam w pierwszym rzędzie i przeczytałam na scenie napis IMMATRYKULACJA. Kolejne grupy studentów ze swoimi krzesłami wchodziły, niekórzy siadali na schodach bo przekraczało to możliwości auli, a ja siedziałam otępiała i byłam jak ta koza – z tych kóz, co to w obliczu zagrożenia drętwieją i nie są w stanie uciec. Przypomnę, że jeszcze nie tak dawno samo chodzenie miejscami zbyt publicznymi było mi, mało powiedzieć, nieobojętne.

Na szybko zaczęłam układać sobie w głowie kilka uroczystych zdań. Uroczystość się zaczęła, przemówił dziekan i powiedział wszystkie zdania które właśnie sobie wymyśliłam… Po nim przemówił rektor, mówił coś podobnego, acz barwniej, ciekawiej. Nasze oczy spotkały się w momentach, kiedy akurat powiedział „nie takie studia straszne jak je malują” i kiedy mówił o studiach niestacjonarnych, że wybierając tę formę ‚na studia poświęcamy czas, który wiele osób poświęca rodzinie’… W tym roku właśnie zaczęłam studia niestacjonarne. Przestałam myśleć o tym, co powiem. Kiedy skończył, przedstawiła mnie ‚pani z progu’, wstałam i kiedy szłam w stronę sceny usłyszałam, że oprócz mojego imienia, nazwiska i funkcji podaje tytuł mojego wystąpienia. Wtedy – krok przed sceną – usłyszałam go po raz pierwszy, ale stwierdziłam że nie będę o tym mówić, bo po pierwsze jest żałośnie skomplikowany, a po drugie jest to dość chory temat jak na immatrykulację, bo żeby wypowiedzieć się dokładnie w tym temacie, musiałabym odczytać regulamin funkcjonowania kół naukowych. Wyszłam na podium i innymi słowami powiedziałam parę zdań które ułożyłam sobie w głowie wcześniej. Zapomniałam tylko na początku tych zdań zwrócić się do władz – kapnęłam się że tego nie zrobiłam, kiedy pan siedzący w pierwszym rzędzie wymownie spuścił wzrok gdy zaczęłam mówić, a kapnęłam się dokładniej, kiedy po mnie na scenę wyszła przewodnicząca samorządu – taka odpicowana megalaska z megakartką z której wszystko mega przeczytała, jak na immatrykulację przystało. Ale nikt mi tego nie wypomniał, ani w żaden inny sposób nie powiedział mi, czy zrobiłam coś dobrze, czy źle. Szkoda, może wtedy mogłabym się wytłumaczyć.

Trudno mi opisać jak czułam się po powrocie do domu. Jak wspomniałam, emocjonalnie to był tydzień wyjęty z życia. Najwidoczniej jednak nie rzucało się to w oczy jakoś specjalnie. No może Agatce, biedna się przestraszyła. Ja też się przestraszyłam, że mi się coś stanie.

Czy pani M. już kogoś zrujnowała? Czy zrobiła mi to specjalnie?

Gdzie jest granica między nieufnością a naiwnością?

Nie wiem czy ktoś to przeczytał, w każdym razie musialam to napisać i jest mi z tym lepiej:) Obiecuję że następnym razem wyskrobię coś pozytywnego. Choć nie mam już dużo czasu, bo zdaje się że… z dniem 31.01 ZAMYKAJĄ NAM CAŁĄ PLATFORMĘ BLOGA :o Ale jak to? Toż to przecież zagłada jakiegośtam świata… :>

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii emocje, ja, ludzie, studia

 

Prognoza pogody na resztę życia

04 lis

Pogodynka pragnie poinformować, że idą piękne dni

Wystąpią niewielkie opady deszczu – nie potrwa to jednak dłużej niż zwykle.

Później powieje lekki wiatr, ale on tylko na chwilę - przychodzi tylko wywiać z głów niepotrzebne zmartwienia – zaleca się wtedy wietrzenie wnętrz, w szczególności otwarcie na wylot wszystkich zatęchłych pomieszczeń (z ‚komórkami pod schodami’ włącznie. Niektórzy wpychają tam graty i różne inne życiowe śmieci. Strącając je z oczu, a nie pozbywając się ich myślą, że przykry zapach może tym razem nie znajdzie do nich drogi, może ogłupiały i posłuszny nie będzie się ważył dać o sobie znać… Nic bardziej mylnego. Możecie się do niego przywyczaić, ale każdy szlachetny gość, który przekroczy próg waszego wnętrza (a czasem wystarczy że tylko uchylicie mu drzwi), poczuje, że coś jest nie tak. Nie chcę nikogo straszyć, ale znam takie przypadki, że ‚śmieci wychodziły z komórek i innych szafek’ w najmniej pożądanych momentach. Dlatego porządek we wnętrzach najlepiej utrzymywać na bierząco)

Później będzie pięknie, słonecznie, a kiedy już nam się znudzi, koniec dnia ozdobią wielobarwne, budzące zachwyty obłoki

I kiedy wpatrzeni w ogromną, czerwoną tarczę zachodzącego słońca (jak w agonię upadłego świata, zwieńczenie pięknego dnia, czy zapowiedź pięknej nocy) zapomnimy o wszystkim co odrywa nas od piękna codzienności, przykryje nas niebo pięknych gwiazd, ale wtedy już pewnie…
zmarzniemy w tyłek i wrócimy do domu ;)

Niewiele rzeczy na tym świecie jest tak niezawodnych, jak te piękne dni, które zwyczajnie w końcu przychodzą zawsze.
Nikt, kto na nie czeka, nie jest naiwny. 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja

 

Szczerze o szczerości

23 wrz

Postanowiłam pochylić się dziś nad słowem, które, choć ogólnie rozumiane jako zaleta, bywa używane w celu zwykłego przykrycia swoich różnych, nieoczywistych wad. Wad krzywdzących innych.

Ktoś informuje, że jest szczery. Znaczyć to powinno tyle, co:
1. «nieukrywający swoich myśli, uczuć, zamiarów»
2. «będący wyrazem czyjejś prawdomówności, czyichś czystych intencji itp.»
3. «jednolity, wolny od domieszek»
- https://sjp.pwn.pl/sjp/;2526304

Tego właśnie oczekiwalibyśmy od ludzi których spotykamy w życiu, takich przyjaciół chcielibyśmy mieć, z takimi ludźmi rozmawiać. A później takich spotykamy – „nieukrywających swoich myśli”, „prawdomównych” – i… wolelibyśmy ich już więcej nie spotkać.
„Po prostu jestem szczera”, „Cóż, prawda w oczy kole..” mawiają. Ale eśli ktoś dzieli się z nami swoimi mniej lub bardziej ubogimi przemyśleniami na nasz temat, a my w ich wyniku czujemy się zmieszani z błotem, to najwyraźniej nasz rozmówca popełnił jakiś błąd i problemem nie jest tutaj szczerość i prawdomówność, którymi chciałby się pochwalić.

Powiedziałabym, że szczerość jest zaletą, kiedy idzie w parze z empatią, kiedy ktoś zastanawia się Jak:
1. odsłonić swoje myśli, uczucia, zamiary;
2. dać wyraz swojej prawdomówności, czystych intencji;
3. jednolicie, bez domieszek,
w taki sposób, żeby obdarzona tą „szczerością” osoba nie poczuła się np. zmieszana z błotem, czy gorsza.

Jeśli ktoś nie zastanawia się, jak to co mówi wpłynie na czyjeś uczucia, to może niech tą swoją szczerością pluje do góry, gdyż szczery bez empatii to często nie więcej niż.. bezczelny.

Cóż, prawda w oczy kole ;)

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii emocje, ludzie, obyczaje

 

Dzieje się

27 lip

Ej, normalnie dowiedziałam się ostatnio, że ktoś tego mojego bloga czyta! Serio? Nie wierzę :D

Wiadomość ta wywołała na mojej klawiaturze niemałe poruszenie, doprawdy nie wiem o czym mam teraz myśleć, ani o czym napisać ;) Jednocześnie dzięki temu że znalazłam chwilę czasu, uświadomiłam sobie po raz kolejny jak wiele się w moim życiu ostatnio dzieje.
Choć czasem już trudno mi określić, czy to wiele się dzieje, czy to ja myślę zbyt wiele o tym co się dzieje.

O czym pisać? O wakacjach? O tym że skończyłam studia? Że wisi nade mną groźba pójścia na kolejne? O cyrku jaki przechodziłam ostatnimi czasy w pracy? O tym że kolejny raz
w życiu
wyprowadzam się z domu (niemal jak w tej piosence Happysadu 30 raz)? O tym że w pewien sposób ważna dla mnie osoba wychodzi za mąż i nie mogę znaleźć w swojej głowie miejsca dla tego faktu? Czy o tym że kupiłam sobie ostatnio dwa nowe kwiatki? …
To chyba oczywiste.

Stało się to na festiwalu roślin owadożernych. Wyciągnęła mnie tam, czego nie żałuję, moja siostrzyczka :) Reklama wydarzenia zachęcała ogromnymi kielichami egzotycznych kwiatów, tak barwnych i ogromnych, że w perspektywie uchwyconej na fotografii można by pomyśleć, że rośliny te żywią się chyba bydłem, a w mrocznych przypadkach może nawet ludźmi. Samo słowo Festiwal kojarzyło mi się z hucznym wydarzeniem, w które zaangażowane jest całe miasto, a tysiące przybyłych biorą udział w barwnych, kilometrowych korowodach, które w tym wypadku miałyby charakter jakiejś dżungli…
Przybywszy na miejsce festiwalu szybko uporałyśmy się z rozbieżnością między swoimi wyobrażeniami a zastanym stanem i skoncentrowały na tym, za co można podziwiać to co jest. :) Wszystko, na co zapraszały bilboardy i reklamy w istocie było – tylko w ilości, wielkości i długości mniejszej, niż można by w ogóle nieoczekiwać – w szklarni, jak na bazarku, na 30 metrach ścieżki… Ooooj tam, warto było ;) Podsumowując to ważne wydarzenie z mojego życia, to właśnie tam nabyłam swoje dwie nowe roślinki: rosiczkę i muchołapkę. Tak stałam się posiadaczką roślinek i, co za nimi idzie, zwierzątek (dopóki żyją, tzn. dogorywają). Oznacza to, że w przeciwieństwie do mnie moje kwiatki są mięsożerne. Btw.: jeśli jestem wegetarianką, to gdybym zjadła rosiczkę, która jest mięsożerna, byłabym już mięsożerna czy dalej roślinożerna?
;)

rosiczki

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii ja

 

Oszołomalia

19 maj

Zrobiłam ostanio coś szalonego. Poszłam trzeźwa na juwenalia. W zasadzie to nie poszłam na juwenalia. A fe, brzydzę się juwenaliami. Zatem było to tak, że dołączyłam do kilku prawilnych znajomych, którzy wybierali się na dwa koncerty zacnych zespołów, które (jak by to już nie było lepszej okazji) występowały akurat podczas juwenaliów.

Pierwszy koncert był jeszcze do przejścia. Drugi… Zrobiło się ciaśniej. Moje towarzystwo próbowało przecisnąć się jak najbliżej sceny, więc żeby się nie zgubić, podaliśmy sobie rączki i wężykiem dostaliśmy się trochę bliżej. Wybierając się na ten koncert zapomniałam o kilku sprawach: Że na tej „kulturalnej imprezie” będą nie tylko moi znajomi, że jestem mała co sprawia że w sardynkowym upchaniu po prostu niewiele widzę, że na koncerty chodzi się w niskich butach oraz że z obrzydzenia do tłumów wyszłam całkiem niedawno… a właściwie to jeszcze dobrze nie wyszłam.
Dopchaliśmy się pod scenę. Ciasno, ciemno, ale jesteśmy koło siebie i jeszcze się trzymamy. W pewnym momencie zespół zaczął grać pierwszy utwór i zorientowałam się że coś jest nie tak, coś się zaczyna dziać… Otóż ja, brzydząca się ściskiem i cudzym brudem, podejrzliwa wobec każdego ‚niepotrzebnego dotknięcia’, decydująca się na kilkukilometrowy spacer w obliczu niewystarczającej ilości miejsca w autobusie (itd)… niechcący znalazłam się w środku Sporego tłumu, który zebrał się tam, żeby do tego utworu ‚tańczyć’ pogo. Zakładam że kojarzymy czym jest pogo. I tak, otaczająca mnie banda oszołomów, nie obrażając nikogo (a w szczególności nie obrażając oszołomów), zaczęła się z radością na twarzach naparzać. Taka legalna ustawka. Nikt nie zrozumiał że ja znalazłam się tam przez przypadek, ani że nie zamierzam się z nikim bić. Szybko więc znalazłam się pod nogami. Przewrócić się pod nogami takiego skaczącego na wszystkie strony motłochu, to jak wypuścić powietrze na dnie – samemu bardzo trudno wstać, nie mówiąc już o wydostaniu się stamtąd, czego ze wszystkich sił próbowałam. Oni po prostu nie jarzyli że ja tak nie chcę. Ktoś mi pomógł wstać i dalej próbowałam się wydostać (nie mam pojęcia gdzie byli wtedy moi znajomi), ale znowu padłam. Jej… Gdyby ktoś większy na mnie wtedy stanął… Nie chcę myśleć. W pewnym momencie usłyszałam jak jakaś inna dziewczyna (mojej postury, akurat się koło mnie przewróciła) błaga swojego chłopaka żeby stąd szybko wyszli. Ale on nie od razu załapał… Tak więc z tą obcą osobą złapałyśmy się siebie i wspólnymi siłami i późniejszą pomocą jej chłopaka wydostałyśmy z ogłupiałego towarzystwa. Jeśli Pani to czyta, to dziękuję Pani :) Wyszłam z tłumu, opuściłam imprę i resztę czasu przesiedziałam na przystanku. W takich miejscach sieć jest przeciążona, więc nie od razu się też znaleźliśmy (co moja koleżanka wyraziła poirytowaniem moim zachowaniem), ale też na tamten stan emocjonalny chyba już mi na tym nie zależało – najważniejsze, że nikt już nie próbował mnie stratować. Nie wiem kiedy wybiorę się na kolejny koncert, czy inne ciasnoludziowe wydarzenie.
W ogóle nie czuję takiej potrzeby.

Mówi się że juwenalia to impreza studencka. Dla mnie to impreza oszołomów. Zabrońmy tego, albo chociaż zmieńmy nazwę, żeby żadna przypadkowa Iwona nie pomyliła dróg.

Poza tym… marzę żeby wreszcie pojechać w Bieszczady. Stęskniłam się za tymi przestrzeniami. Może jeszcze w tym miesiącu…?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii emocje, obyczaje, studia, znajomi

 

Jednak żyję

05 kwi

Odkąd pamiętam zdarza mi się, raz na dłuższy czas, z niewyjaśnionych przyczyn zemdleć. Nie wiem czemu zawdzięczam to zjawisko. Wszystkie badania, jakie należało w związku z tym wykonać, wykonałam. Nawet na ich pamiątkę otrzymałam ogromne, urocze, tchnące mądrością zdjęcie mojego … mózgu. Zdjęcie z którego przede wszystkim wynika, że mózg JEST i że, co także istotne, nie jest jakiś uszkodzony, czy wręcz zryty. Wynika, że jest zdrowy. Rodzice i różni inni ludzie ich pokroju mają na tę moją przypadłość swoją niepodważalną najsłuszniejszą diagnozę: „…bo się źle odżywiasz, za mało jesz. Kromki ze smalcem ci trzeba, a nie jakiś brokuł, zupka chińska, dziecko jak ty wyglądasz, ty się zastanów, mogłabyś grać w filmach o obozach koncentracyjnych – bez charakteryzacji.” Nieprawda, nie jest ze mną aż tak, żeby bez tej charakteryzacji. :P

Jedyne czego jestem pewna, to że w pewnym momencie krew nie dopływa mi do tego mojego mózgu. Do całej głowy, która na ten czas poza włosami robi się biała. Choć nie dane mi było dokładnie się wtedy widzieć, ponieważ ja wtedy już prawie nic nie widzę.

Tak też było pewnego ostatniego pięknego słonecznego wiosennego poranka. Myślę: „Umieram. A więc to tu, na kiblu, przyszło mi umrzeć..? Cóż za haniebna śmierć. Nie doczekałam tylu rzeczy. Nic nie widzę, kto mi wyłączył dzień. Ale coś myślę, czyli jeszcze żyję, to może chociaż powiem tacie. Ależ mi się nie chce nic mówić, nie mam siły, przecież on siedzi Aż za scianą. Z resztą co on mi poradzi że ja umieram?” Strasznie głupi człowiek czasem jest. „No ale muszę coś powiedzieć, ta bezczynność przecież prawie zakrawa na samobójstwo.
-Tata!
-Co!
-…
-Gdzie jesteś!
-W kiblu.
-Co ci jest!
-Nie wiem, chyba zemdleję.
-Zrobić ci kawę?”
Ja rozumiem, z resztą wielu z nas rozumie, jak wspaniałe właściwości ma kawa, ale…
Z resztą, nieważne. Tata poszedł więc pierwszy raz w życiu zrobić mi kawę. „Noc” w moim polu widzenia postępowała i widziałam już tylko obrysy białych szafek, kiedy na ten moment przed śmiercią usłyszałam jak krzyczy do mnie z kuchni: „-Z mlekiem lubisz?!”.
Człowiek wobec śmierci bywa bezradny.

W międzyczasie postanowiłam wstać i nawet nie wiem kiedy znowu upadłam. Ale właśnie wtedy przypomniałam sobie, że to przecież ten mózg, ta krew nie dopływa… Może jak głowa będzie niżej, to… No tak. Kiedy tata przyniósł mi do łazienki kawę, czułam się już lepiej, widziałam więcej i byłam w stanie wytłumaczyć dlaczego klęczę schylona dotykając głową ziemi. (Nie mogłam się inaczej ułożyć, bo niemiłosiernie bolał mnie brzuch.)

Posiedziałam jeszcze, wypiłam kawę i pojechałam na uczelnię coś załatwić… Potem był kolejny dzień.
Gdybym umarła wczoraj, nie dowiedziałabym się dziś, że jednak nie dostanę stypendium ministra. Ale przynajmniej żyję :) A może tym słabym niby ekspertom oceniającym wnioski też ktoś kiedyś powie, że są za mało wybitni i, nie zważając na ich argumenty spełniające kryteria, niewystarczający.

Ale przecież przed nami jeszcze wiele pięknych chwil.

Trzymajcie się, żywi, kłaniam się nisko (to poprawia ukrwienie mózgu).

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii zdrowie

 

Listopad

12 lis

Właśnie że dobry był dziś dzień.
Co prawda… smarkało w twarz ni to mrzwką, ni to deszczem, źródłem światła zdawały się być jedynie ostatnie na jeszcze nieołysiałych drzewach jasno-żółte liście, a chłodny wiatr wpadał nosem, owiewał mózg i zgodnie z odczuwaną zasadą cyrkulacji powietrza
wylatywał uszami…

Ale przecież każdy dzień jest na coś DOBRY :)
To, że dzień nie jest dobry na paradowanie bez czapki, to jeszcze nie znaczy, że jest zły. Trochę więcej elastycznej kreatywności i każdy czas można wykorzystać lepiej!

A mówię to ja – człowiek, który ogarnia wszystko (oprócz siebie oczywiście. W stanie krytycznym zdarza się nałożenie kremu nagietkowego zamiast pasty na szczoteczkę do zębów, a także wybiegnięcie z domu w dwóch różnych butach i popłakanie się ze śmiechu z siebie…) i wciąż ma poczucie marnowanego czasu. Choć to poczucie chyba zwyczajnie miesza mi się z poczuciem tego, czego nie zdążyłam zrobić i tego, co jeszcze mam na głowie.

A trochę mam… Kiedy wreszcie przyjdzie ten dzień, w którym postawię ostatnią kropkę
na końcu wszystkiego i wreszcie będę mogła powiedzieć, że „ZROBIŁAM WSZYSTKO”?

Listopad zawsze taki był.

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii praca, studia

 

Szafa

24 paź

To zdjęcie mówi o mnie tyle, że nie jestem pewna czy powinnam się aż tak odsłaniać..

ia

 

 

 

 

 

 

 

 

Lubię porządek:)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja