RSS
 

Listopad

12 lis

Właśnie że dobry był dziś dzień.
Co prawda… smarkało w twarz ni to mrzwką, ni to deszczem, źródłem światła zdawały się być jedynie ostatnie na jeszcze nieołysiałych drzewach jasno-żółte liście, a chłodny wiatr wpadał nosem, owiewał mózg i zgodnie z odczuwaną zasadą cyrkulacji powietrza
wylatywał uszami…

Ale przecież każdy dzień jest na coś DOBRY :)
To, że dzień nie jest dobry na paradowanie bez czapki, to jeszcze nie znaczy, że jest zły. Trochę więcej elastycznej kreatywności i każdy czas można wykorzystać lepiej!

A mówię to ja – człowiek, który ogarnia wszystko (oprócz siebie oczywiście. W stanie krytycznym zdarza się nałożenie kremu nagietkowego zamiast pasty na szczoteczkę do zębów, a także wybiegnięcie z domu w dwóch różnych butach i popłakanie się ze śmiechu z siebie…) i wciąż ma poczucie marnowanego czasu. Choć to poczucie chyba zwyczajnie miesza mi się z poczuciem tego, czego nie zdążyłam zrobić i tego, co jeszcze mam na głowie.

A trochę mam… Kiedy wreszcie przyjdzie ten dzień, w którym postawię ostatnią kropkę
na końcu wszystkiego i wreszcie będę mogła powiedzieć, że „ZROBIŁAM WSZYSTKO”?

Listopad zawsze taki był.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii praca, studia

 

Szafa

24 paź

To zdjęcie mówi o mnie tyle, że nie jestem pewna czy powinnam się aż tak odsłaniać..

ia

 

 

 

 

 

 

 

 

Lubię porządek:)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja

 

Spostrzeżenie

15 paź

Piękne słowa to nie zawsze piękne serca
Piękne domy to nie koniecznie piękne wnętrza
I w pięknych miejscach dochodzi do brzydkich scen

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Imprezowiczka

08 paź

Ni stąd ni zowąd moi rodzice postanowili gdzieś na krótko wyjechać. Zabrali też ze sobą mojego 8 letniego brata. Z ich trójki on chyba cieszył się najbardziej. Dokładniej mówiąc, rzadko widziałam żeby z jakiegoś powodu tryskał taką radością. W dniu wyjazdu (rano,
o godzinie, która dla mnie jest jeszcze nocą) kątem ucha dobiegały mnie odgłosy jego przeżywania: „-To jest najważniejszy dzień w moim życiu!” oraz skrzętnego, kompleksowego pakowania: „-Miś, telefon, ładowarka, klapki…” .
W końcu pojechali. Podobno jest im fajnie.

Rzadko zdarza mi się kogoś do siebie zapraszać, z reguły to ja gdzieś wybywam. Dziś jednak postanowiłam skorzystać z rzadkiej okazji wolności chaty i to ja ‚zrobiłam imprezę’^^ Zaprosiłam osiemnaście osób. Nikt nie przyszedł.

Piję hebratę do lustra.

No… party hard.

(już się więcej nie przejmę, że to nie u mnie się spotykamy)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja, znajomi

 

Aspiracje

22 wrz

JESIEŃ.
Pierwszy dzień kolejnej jesieni.
Jaka będzie? Chciałabym żeby była spokojna.
Każda poprzednia niosła ze sobą jakiś niepokój, albo przynosiła nadzieje,
np. nadzieje na to, że może to już ostatnia jesień, którą będę podziwiać sama,
nadzieje, które później pogrążały mnie w niepewności co do czyichś uczuć
i kwitły zbyt długo.
Obecnie nie mam nadziei. Za to chciałabym mieć spokój.
Trochę się waham, czy tak powinno być, kiedy widzę swoje rówieśniczki, które mają już troje dzieci
i właśnie obroniły magistra… I nie chcę być dziwna, ale czuję że jakoś… nie potrzebuję do szczęścia
ani dzieci, ani magistra.
Dawno temu myślałam, że w przyszłości pewnie będę jak mama.
Jednak moje losy potoczyły się inaczej – moja mama w tym wieku miała już Iwonę,
która właśnie zaczęła uczęszczać do szkoły;)
co to było za dziecko!

Jaka więc będzie ta jesień?
Chciałabym, żeby była spokojna.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kobieta gamma

03 cze

Wszystkie moje miłości znalazły już swoje miłości.
Tak, to jak by stracić prawo do posiadanych marzeń.
Cóż mnie teraz zostaje? Mam być zazdrosna? Daj spokój!
Zazdrość kosztuje zbyt wiele. Nie stać mnie w tym wszystkim
jeszcze na zazdrość. Dziś mam siłę już tylko odwracać oczy, bo
nie mam siły patrzeć, jak te moje miłości mają swoje miłości.
Że to ludzi tak stać..?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Placek

29 maj

Dzień dobry, wróciłam:) fajnie nie?

Wróciłam, bo na studiach zaczyna mi się sesja i powinnam się teraz uczyć,
w pracy mam kilka spraw do załatwienia i powinnam mieć je już z głowy,
doganiają mnie ostateczne terminy i powinnam robić teraz coś innego,
dlatego, jak dziś, muszę czasem odłożyć wszystko pod biurko
i chociaż chwilę poudawać, że czas mnie nie goni i nie płynie.

Mój dzisiejszy wpis będzie o staraniu się trochę za bardzo, komitragicznym poświęceniu
oraz rozpaczliwej próbie udowodnienia światu i sobie, że… umiem zrobić tego placka.
Komitragizm jest wtedy, kiedy „tragedia przeżywać, śmiech opisywać”.

Streszczając- placek miał być gotowy na środę rano.
Już dwa dni wcześniej  lustrowałam sklepy i chodziłam po najwykwintniejszych Biedronkach
w celu nagromadzenia najbardziej odpowiednich (okiem eksperta) składników.
Aż przyszedł wtorek wieczór.
Chłodny wieczór, godzina 22, wszyscy domownicy już położyli się spać. Co robię ja?
Tłukę pod gołym niebem za domem pierwsze orzechy włoskie do placka…
Trzeba mi ich było prawie pól kg, a już kilka minut później zaczął padać deszcz.
Oprócz nich potrzebowałam jeszcze trzech warstw ciasta.
Pomyślałam, że szkoda czasu i kiedy ta będzie się piekła, będę wracać do rąbania orzechów.
Dwa razy mi wyszło, do ostatniej ‚wróciłam za późno’ i się spaliła.
W lekkiej panice i ledwowystarczalności składników udało się to nadrobić.
Kiedy zakończyłam powyższe procesy, było coś po 1:30.
Czyżby już finisz? Nie,
trzeba było zmielić orzechy, a mi wcześniej do głowy nie przyszło, że
Pani Maszyna do mielenia orzechów zachowuje się głośniej niż kombajn. I tutaj
placek pogrzebany, bo nawet gdybym ją wyniosła do garażu, mogłabym obudzić tym pół wsi.
Pomyślałam, że do 9 rano mam jeszcze trochę czasu, wstanę więc o 5 i dokończę.

Budzik zadzwonił mi o 5:30, wstałam godzinę później;] Usłyszawszy, że domownicy już wstają
zmieliłam, co miałam zmielić, zrobiłam masę i już naprawdę wystarczyło wszystko tylko połączyć.
Wzięłam więc do rąk, całkiem delikatnie, pierwszą warstwę i… w palcach zostały mi tylko dwa małe
odłamane kawałki z prostokątnej warstwy, która moment później rozsypała się na dziesiątki małych,
nieforemnych kształtów, których nie było nawet jak do siebie dopasować…
Było za późno, żeby piec je od nowa. Ale wtedy jeszcze się nie załamałam. Po prostu pomyślałam,
że ten pójdzie na dół, albo do środka, jakoś się poklei tą marmoladą, przywali resztą i nie będzie widać,
w końcu mam jeszcze dwie całe warstwy i nie ma się czym przejmować! Odkładam więc warstwę na stosik
i nauczona doświadczeniem, jeszcze delikatniej, ujmuję drugą warstwę. Tym razem w palcach zostały mi
trochę większe kawałki… Tylko trochę większe. Tutaj byłam już lekko podłamana.
Ale przynajmniej dało się z tego poskładać jakąś, miejscami płaską, powierzchnię. Chyba nigdy wcześniej
nie zdobyłam się na większą delikatność, niż wtedy, kiedy podnosiłam ten ostatni równy placek.
Ale trzecia również się rozpadła, a wraz nią… ja.
Mój czas się już kończył, miałam za sobą niewyspaną noc, a przed sobą trzy stosiki, które miały być
podstawami wspaniałej plackowej konstrukcji. A tu co? Gruz.
Układam je więc kolejno na spodzie blachy i udaję, że nic się nie stało, zalepi się tą marmoladą,
przykryje tą orzechową masą i tak dalej i tak dalej. Na koniec zalałam to nieszczęście polewą i przysypałam
czymś kolorowym. Stanęłam i nie mogłam uwierzyć, że nic nie widać. Udał się i wyglądał, bezczelny,
jak gdyby nigdy nic się nie stało. Kolorowy, jak gdyby nigdy nikt się przy nim nie załamał
i w ogóle spontanik, luzik…
Przynajmniej był dobry. Wiem to od osób, które tak mówiły przez następne pół roku;p

Zawsze doceniajmy czyjś kulinarny trud. Nigdy nie wiemy, czym go przypłacił,
żeby sprawić nam przyjemność, lub żeby po prostu
dotrzymać słowa.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja

 

Świetlówka

11 mar

Stoję przy oknie i czynię zabiegi upiększające przed wyjściem z domu, kiedy nagle dzwoni telefon.
Pan z drugiej strony słuchawki przedstawiwszy się zaprasza mnie na
rozmowę kwalifikacyjną.
Byłam już na tego typu rozmowie rok temu. Tym razem od razu po rozłączeniu zrobiłam listę Swoich Wad, gdyż rok temu niemal poległam na pytaniu o tę właśnie kwestię (wtedy nie wiedziałam od czego zacząć). Mija kilka godzin, a telefon dzwoni znowu – tym razem jest to przesympatyczna pani, a dzwoni żeby poinformować, że przecież już byłam na takiej rozmowie rok temu, że nie trzeba drugi raz i już mogę zacząć pracę!
Szczerze mówiąc myślałam że do tego czasu dawno przepadłam i że już o mnie zapomnieli..
A tu proszę, warto mieć nadzieję ;) Ludzie to czasem mają porządek w papierach.

Pierwsze dni minęły mi dość nieudolnie.
Nietypowy obrót spraw sprawił, że żadnej z osób które miały mnie wdrożyć do pracy do końca tygodnia nie będzie. Mam czekać na polecenia i tak mija mi czas na tym czekaniu.. Tak oto wczoraj przez cały dzień:
-przeczytałam sześć artykułów o przewozach w lotnictwie i wzroście popytu na piwo w Afryce,
-uzupełniłam notatki z wykładów,
-nabiłam sobie guza,
-zepsułam biurko,
-wypiłam kawę.
Nie jestem przyzwyczajona do tego że mam tyle czasu.
Wychodząc wyciągam rękę żeby zgasić światło, a środkowa świetlówka…
gaśnie pierwsza. Ona czekała na mnie, czekała, aż zrobię to Ja tą swoją nieszczęsną ręką,
żeby na koniec tego niefortunnego dnia spalić się akurat przy mnie!

Nie zdziwię się jeśli niebawem zakończę swoją karierę na tym jej początku ;-)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii emocje, praca

 

Szczurza nadzieja

03 mar

Lubię czytać o eksperymentach, o ile nie są brutalne.
Nieraz zadziwia mnie to, jak w takich eksperymentach reakcje zwierząt są podobne do reakcji ludzi. Nie wiem jak ludzie doszli do tego, że co wyjdzie im na szczurach, to sprawdzi się na ludziach, ale trzeba przyznać, że czasem się sprawdza… Ryby, szczury, myszy, kury… kto by pomyślał;)

W pewnym eksperymencie do akwariów z wodą wrzucono dwa szczury.
Pierwszy szczur utonął po 15 minutach, przy czym powodem jego zgonu nie było wyczerpanie,
tylko zatrzymanie akcji serca, po prostu zawał. Inne szczury w takiej sytuacji też topiły się po takim czasie.
Drugiemu szczurowi przed upływem tego czasu podano przedmiot, po którym mógł na jakiś czas wydostać się z wody i odpocząć, po czym ponownie wrzucono go do wody - tym razem drugi szczur był w stanie pływać jeszcze 15 godzin (60 razy dłużej niż pierwszy).

Może liczył na to, że ktoś jeszcze się nad nim zlituje ;p

A my?
Jak długo potrafi trzymać nas w trwaniu przy czymś nadzieja?
A jak długo potrafią trzymać nas przy tym  złudzenia?
Niektórych długo. Z jednej strony warto mieć nadzieję, z drugiej-
nie wiadomo kiedy znowu, nie wiadomo czy jeszcze coś się wydarzy…
Myślałam o tym w kontekście robienia komuś nadziei. Załóżmy że ktoś daje ci do zrozumienia,
że jest tobą zainteresowany- miłe gesty, miłe słowa, to co lubisz i… ma cię. Ale mija niedługi czas, a on
te same zabiegi zaczyna czynić wobec innej osoby. Co o tym myśleć? Czy to jego nielojalność, czy twoja naiwność? Czy …? Jak silne powinny być, a jak słabe mogą być, podstawy do tego, żeby jeszcze
mieć na coś nadzieję?

Eksperymentator podtapiający szczury może wydawać się bezwzględny. A co powiedzieć o ludziach, którzy burzą się, kiedy topi się szczur, a jednak nie widzą nic złego w eksperymentowaniu z ludźmi?
Wybiórcza wrażliwość – wybiórcza bezwzględność

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ludzie

 

Rzecz o włosach

19 lut

Kopytkuję sobie chodnikiem swoim optymistycznym krokiem
w blasku zachodzącego Słońca i spokoju mieszkańców wsi.

Wydaje mi się, że dobrze wyglądam – w końcu wcześniej, pierwszy raz w tym miesiącu,
nałożyłam na swoje przydługie włosy swoją extra odżywkę, której, mówiąc wprost
szkoda mi używać ( po 1). szkoda mi na to czasu, po 2). szkoda mi bo była droga,
a po 3). na takie włosy to szkoda… (‚czy one czegoś jeszcze potrzebują?’) ). 

Kopytkuję więc.
Wtem, ktoś, nie pytając, ani nawet nie uprzedzając, łapie mnie za moje 115 000 włosów…
115 000 długich cienkich nitek zakotwiczonych w zbyt unerwionej głowie napręża się pod uściskiem dłoni i hamuje rozpędzoną postać na środku chodnika…
To moja towarzyszka postanowiła właśnie przeprowadzić oględziny;

-Rozpięciorają ci się, trzeba uciąć.
Cóż, może nie jest dobrze myśleć o sobie zbyt wiele, bo szybko można się przekonać
o przewrotności i nieprawidłowości swoich wyobrażeń o sobie.
A więc tu już nawet nie ma mowy o rozdwajaniu, a o Rozpięcioraniu końcówek.
Jakoś, że tak powiem, przyzwyczaiłam się do tego że takie są… 

Powiem więcej.

Każdy zdrowy włos kończy się przynajmniej pięcioma końcówkami.
Włos, który kończy się tylko jedną końcówką jest po prostu jeszcze niedojrzały,
zwyczajnie NIEROZWINIĘTY. Widzieliście kiedyś drzewo bez rozgałęzień? No. :)
Jeśli włos ma tylko jedną końcówkę, to najwyraźniej czegoś mu brakuje, może jakichś witamin, a najpewniej brakuje mu… ciepłego strumienia powietrza z suszarki 

;)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii poglądy