RSS
 

Taki tam dzień

05 kwi

Nie wiedząc, co mnie obudziło, otwieram oczy; próbuję wyświetlić godzinę na telefonie, ale widzę że budzik zdrajca jak zwykle przed czasem padł. Ilość promieni słonecznych w pokoju podpowiada mi że jest już późno. Jeszcze nie otwieram oczu na dobre i próbuję przypomnieć sobie ‚po co mnie w ogóle dzisiaj wstawać?’

Dojazd na uczelnię to dla mnie godzina drogi, przy czym autobusy kursują średnio co godzinę i albo jestem na miejscu godzinę wcześniej, albo spóźniam się 10 minut. Wybrałam to drugie.. Swego czasu podeszłam do prowadzącego po zajęciach TI, na które się spóźniam, aby przeprosić za tę moją niepunktualność i wyjaśnić z czego ona wynika. Pan prowadzący odpowiedział na to: „Właściwie nie musi pani chodzić na zajęcia, wystarczy że pozytywnie zda pani egzamin.” Tak więc skorzystałam z jego propozycji dwa razy. Niestety już po drugiej nieobecności koleżanka z zajęć powiadomiła mnie, że Pan od TI powiedział na zajęciach, że za trzy nieobecności zostaje się wykreślonym z listy studentów i on po następnych zajęciach zgłosi takie osoby w dziekanacie. Idę zatem na poranne zajęcia z TI (w końcu omawiamy Worda, a skądinąd  ja miałabym wiedzieć jak posługiwać się Wordem?). W przerwie zgłaszam że „doszłam” i pytam, jak mam rozumieć tę ‚możliwość wykreślenia za trzecią nieobecność’. Pan tym razem odpowiada, że przecież na zajęcia trzeba chodzić zawsze! A powiedział tak, żeby zmotywować grupę do uczęszczania na zajęcia.

Po pouczających zajęciach z Worda udaję się na 3,5 godzinny wykład z matematyki. Dobrze, że opanowałam sobie ten materiał wcześniej, bo nie zrozumiałabym zadania z obliczaniem ‚prawdopodobieństwa kolejności powstania grobowców na podstawie występowania w nich określonych rodzajów ceramik’ z wykorzystaniem macierzy. Tak na prawdę najtrudniejszy w tym zadaniu był Ukrainiec, który usiadł koło mnie, żeby namawiać mnie do przeniesienia zajęć dzień przed wyjazdem jaki sobie zaplanował (czyt. ‚przenieś zajęcia całej grupie bo ja wtedy chcę pojechać do domu’; dla mnie oznacza to wędrówkę użerająco-poszukiwawczą między prowadzącymi, dziekanatem i działem logistyki załatwiającym (lub oponującym w załatwianiu) inne sale terminy). Tłumaczę mu że nie będziemy niczego przenosić, bo to tylko jeden dzień wolnego przed planowym tygodniem wolnego, a później znowu kilka dni zajęć i kolejne 2 tygodnie wolnego i niedługo potem wakacje! A on swoje- grozi, że jeśli nie zrobię tego ja, to wejdzie w moje kompetencje i kompromitując mnie sam się tym zajmie..

Prowadzący ów wykład jest znany z tego, że nigdy nikt nie dostał u niego z egzaminu więcej niż 3, a czasem nawet większość roku jest zmuszona wziąć tzw. awans. Wspomniany kolega już zobaczył się wśród oblanych, i z zapałem swoim polsko-ukraińskim zaczął opowiadać mi o jego 40 kolegach z Ukrainy, którzy nie zdali egzaminu, o tym, że należy napisać podanie, zebrać podpisy, podkablować tego pana do dziekanatu, że ‚my’ go nie chcemy, bo jego koledzy tak zrobili, dostali innego pana i wszystko potem zdali, a ten pan to w ogóle jakieś nieporozumienie i na pewno nikt u niego nie zda.. Wyjaśniłam zatem prostym językiem koledze, że nie znam tej sytuacji, nie wiem jak było naprawdę, ani dlaczego jego koledzy nie zdali- musiałabym najpierw porozmawiać np. z ich starostą. Spytał na to, kiedy wobec tego pójdę załatwić tę sprawę do dziekanatu? I nie wytrzymałam. Wstałam, drewniane krzesło zamknęło się za mną trzaskiem i opuściłam kolegę udając się na drugi koniec sali. Nie liczyłam na to że odwróci się 15 osób.. Nie wiem czy prowadzący wykład słyszał, o czym mówił do mnie kolega (nie zdziwiłabym się gdyby słyszał, bo sala nie była ogromna), ale wtem zaczął wyjaśniać zgromadzonym że powinniśmy uważniej słuchać tego o czym mówi, bo ostatniego egzaminu nie zdało u niego 40 osób, mimo że był to egzamin który od 5 lat widnieje na jego stronie domowej do pobrania. Tak wyjaśniła się dla mnie sytuacja z 40 kolegami mojego kolegi. Btw- zajrzałam na jego stronę i pobrałam egzamin- można go rozwiązać z palcem w ..bucie.

W połowie wykładu przychodzi do mnie koleżanka z Kazachstanu i po rosyjsku tłumaczy mi że nie wie co ma robić, gdyż nie zdała pewnego przedmiotu, ale nie ma pieniędzy żeby opłacić awans. Idę więc z nią do dziekanatu. Pytam pani w dziekanacie co moja koleżanka może w tej sytuacji zrobić? Pani odpowiada że wszyscy już wnieśli swoje opłaty, a moja koleżanka ma taką sytuację że jest już wszczęte wobec niej postępowanie, gdyż tej opłaty nie wniosła. Dlatego trzeba napisać podanie o przesunięcie terminu płatności. Pani z dziekanatu życzliwie wskazuje koleżance palcem, gdzie powinna się podpisać. Mówi też, aby napisała w rubryce, jaki jest powód tej sytuacji i mówi: „napisz tutaj po prostu „Nie mam pieniędzy.” Koleżanka napisała „nie mam..” i patrzy na mnie, gdyż nie potrafi napisać „pieniędzy.”.. biorę do ręki jej długopis i dokańczam to zdanie za nią. I dopiero pisząc to „pieniędzy” zaczęłam rozumieć, że staram się za bardzo. Bo to, że nie ma sprawiedliwości tam, gdzie jedni nie muszą umieć pisać żeby zdać sesję, a drudzy ledwo zdają ją mimo że potrafią prawie wszystko, wiedziałam już dawno. Choć z drugiej strony ci wszyscy obcokrajowcy i tak nie mają szans na znalezienie pracy w Polsce (tym bardziej, że wg nowych procedur to pracodawca, a nie obcokrajowiec, ma się dodatkowo starać o formalne pozwolenie na pracę takiej osoby w Polsce). To niech sobie płacą i będą. I dopóki płacą, niech sobie będą. Choć czasem w odpowiedzi na ich nierozgarnięcie i pytania a’la „co teraz?” ciśnie się na usta to jedno zdanie: WYKSZTAŁCENIE NIE PIWO, NIE MUSI BYĆ PEŁNE.

Po zajęciach próbowałam odpisać na smsa koleżance z którą miałam się spotkać, żeby się domówić. Ale nie miałam nic na koncie więc poszłam do sklepu po doładowanie, ale odchodząc od kasy zgubiłam doładowanie, więc wróciłam do sklepu jeszcze raz. Stałam w kolejce, ale pani przy kasie powiedziała mi, że w tej kasie nie wydaje się doładowań i trzeba stanąć na końcu drugiej kolejki. I kiedy już przyszła moja kolej, zobaczyłam że moje zgubione doładowanie mam… pod butami. Ale mam! I wtedy padła mi bateria. Dziś oprócz dobrej kawy nie wyszło mi nic..

Nic, tylko zawinąć się w koc,
usiąść w kącie i płakać.

 
Komentarze (6)

Napisane przez w kategorii studia

 

Tags: , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Pani S.

    5 kwietnia 2014 o 07:52

    Masz rację, łatwo nie jest :) Koc, kąt i trochę łez w pełni uzasadnione :) Pozdrawiam i życzę przyjemnego dnia.

     
    • ~Iwona

      5 kwietnia 2014 o 19:42

      Dziękuję, nawet mi się dziś spełniło to Twoje życzenie (nie licząc tego okropnego wiatru) :)

       
  2. ~Marzena

    6 kwietnia 2014 o 18:56

    Bycie starostą to masakra. Od starszego brata, który bardzo dużo swojego czasu podróżował po świecie (był marynarzem) wielokrotnie słyszałam, że współpraca z Ukraińcami, Litwinami etc. to masakra. Pracują po kilkanaście lat u amerykańskich armatorów, a nie potrafią sklecić porządnego zdania w języku angielskim, ciągle mają żądania i pretensje. Twoje relacje potwierdzają, że nic się nie zmieniło także w młodszych pokoleniach. Ale pracować w państwach europejskich bardzo by chcieli. nie lubię takiego nastawienia roszczeniowego – mam na nie uczulenie! Zrobiłabym dokładnie to samo, co ty – wstała i zmieniła miejsce. Dyskusja z tępakiem do niczego nie doprowadzi oprócz zszargania Twoich nerwów.
    Myślę, że jesteś dla nich za dobra. Dajesz im palec, a oni chcą rękę – klasyka z opowieści mojego brata i u Ciebie się pojawia. Jesteś asertywna – ale powinnaś to zaostrzyć i częściej tupać nogą. A jak sobie radzą z Ukraińcami, jako kolegami, inni Polacy na roku?

     
    • ~Iwona

      6 kwietnia 2014 o 20:40

      Polacy trzymają się z Polakami, a Ukraińcy z Ukraińcami.. Chyba że idą pić, to wtedy vodka connecitng people i niektórzy piją razem. Kiedy dobieramy się w grupy żeby zrobić na ocenę jakiś projekt, to Polacy często wolą współpracować ze sobą w mniejszej grupie niż dobrać kogoś z obcokrajowców, bo albo trzeba by po nich poprawiać, albo w ogóle nie rozumiejąc tematu robiliby coś innego niż trzeba. Wiem, że jestem za dobra, bo mam porównanie do innych kolegów starostów na innych latach. Jeden z nich powiedział że on to się tak nie patyczkuje: „ja na swoim roku wprowadziłem totalitaryzm. To ich interes żeby mnie rozumieć i mówić to co każę, a jak się nie podoba, to…”.

       
      • ~Marzena

        7 kwietnia 2014 o 18:17

        Nie dziwię się Polakom – ile można pomagać, jak ktoś ma to w nosie i próbuje „jeździć” na naszym grzbiecie?
        Jeszcze w okresie przed wypadkowym zdarzyło mi się spędzić dwa weekendy w Przemyślu, w oddziale firmy, dla której wtedy pracowałam. Naszymi klientami w tamtym oddziale w jednej trzeciej byli Ukraińcy – o rany, z westchnieniem ulgi opuszczałam tamtejsze biuro :) Koleżanka, którą „kontrolowałam”, a tak naprawdę wspomagałam, gdyż to były początki jej zarządzania tym oddziałem , pochodziła z Przemyśla i dla niej to nie było żadne zaskoczenie, czy przeszkoda ta „inność” Ukraińców – wychowała się tam, więc wiedziała, jak do nich podchodzić, bez nerwów i wielkich oczekiwań :)
        Wiesz, ta moja koleżanka z pracy miała bardzo podobne nastawienie, jak ten starosta, o którym napisałaś i, o dziwo, to działało i wciąż doskonale skutkuje :)

         
  3. Paula

    27 kwietnia 2014 o 13:11

    Super blog, fajnie prowadzony.
    Zapraszam do mnie, potrzebuję komentarzy w ramach lekcji informatyki w szkole:
    http://cieszsiezdrowiem.blog.pl/