RSS
 

Placek

29 maj

Dzień dobry, wróciłam:) fajnie nie?

Wróciłam, bo na studiach zaczyna mi się sesja i powinnam się teraz uczyć,
w pracy mam kilka spraw do załatwienia i powinnam mieć je już z głowy,
doganiają mnie ostateczne terminy i powinnam robić teraz coś innego,
dlatego, jak dziś, muszę czasem odłożyć wszystko pod biurko
i chociaż chwilę poudawać, że czas mnie nie goni i nie płynie.

Mój dzisiejszy wpis będzie o staraniu się trochę za bardzo, komitragicznym poświęceniu
oraz rozpaczliwej próbie udowodnienia światu i sobie, że… umiem zrobić tego placka.
Komitragizm jest wtedy, kiedy „tragedia przeżywać, śmiech opisywać”.

Streszczając- placek miał być gotowy na środę rano.
Już dwa dni wcześniej  lustrowałam sklepy i chodziłam po najwykwintniejszych Biedronkach
w celu nagromadzenia najbardziej odpowiednich (okiem eksperta) składników.
Aż przyszedł wtorek wieczór.
Chłodny wieczór, godzina 22, wszyscy domownicy już położyli się spać. Co robię ja?
Tłukę pod gołym niebem za domem pierwsze orzechy włoskie do placka…
Trzeba mi ich było prawie pól kg, a już kilka minut później zaczął padać deszcz.
Oprócz nich potrzebowałam jeszcze trzech warstw ciasta.
Pomyślałam, że szkoda czasu i kiedy ta będzie się piekła, będę wracać do rąbania orzechów.
Dwa razy mi wyszło, do ostatniej ‚wróciłam za późno’ i się spaliła.
W lekkiej panice i ledwowystarczalności składników udało się to nadrobić.
Kiedy zakończyłam powyższe procesy, było coś po 1:30.
Czyżby już finisz? Nie,
trzeba było zmielić orzechy, a mi wcześniej do głowy nie przyszło, że
Pani Maszyna do mielenia orzechów zachowuje się głośniej niż kombajn. I tutaj
placek pogrzebany, bo nawet gdybym ją wyniosła do garażu, mogłabym obudzić tym pół wsi.
Pomyślałam, że do 9 rano mam jeszcze trochę czasu, wstanę więc o 5 i dokończę.

Budzik zadzwonił mi o 5:30, wstałam godzinę później;] Usłyszawszy, że domownicy już wstają
zmieliłam, co miałam zmielić, zrobiłam masę i już naprawdę wystarczyło wszystko tylko połączyć.
Wzięłam więc do rąk, całkiem delikatnie, pierwszą warstwę i… w palcach zostały mi tylko dwa małe
odłamane kawałki z prostokątnej warstwy, która moment później rozsypała się na dziesiątki małych,
nieforemnych kształtów, których nie było nawet jak do siebie dopasować…
Było za późno, żeby piec je od nowa. Ale wtedy jeszcze się nie załamałam. Po prostu pomyślałam,
że ten pójdzie na dół, albo do środka, jakoś się poklei tą marmoladą, przywali resztą i nie będzie widać,
w końcu mam jeszcze dwie całe warstwy i nie ma się czym przejmować! Odkładam więc warstwę na stosik
i nauczona doświadczeniem, jeszcze delikatniej, ujmuję drugą warstwę. Tym razem w palcach zostały mi
trochę większe kawałki… Tylko trochę większe. Tutaj byłam już lekko podłamana.
Ale przynajmniej dało się z tego poskładać jakąś, miejscami płaską, powierzchnię. Chyba nigdy wcześniej
nie zdobyłam się na większą delikatność, niż wtedy, kiedy podnosiłam ten ostatni równy placek.
Ale trzecia również się rozpadła, a wraz nią… ja.
Mój czas się już kończył, miałam za sobą niewyspaną noc, a przed sobą trzy stosiki, które miały być
podstawami wspaniałej plackowej konstrukcji. A tu co? Gruz.
Układam je więc kolejno na spodzie blachy i udaję, że nic się nie stało, zalepi się tą marmoladą,
przykryje tą orzechową masą i tak dalej i tak dalej. Na koniec zalałam to nieszczęście polewą i przysypałam
czymś kolorowym. Stanęłam i nie mogłam uwierzyć, że nic nie widać. Udał się i wyglądał, bezczelny,
jak gdyby nigdy nic się nie stało. Kolorowy, jak gdyby nigdy nikt się przy nim nie załamał
i w ogóle spontanik, luzik…
Przynajmniej był dobry. Wiem to od osób, które tak mówiły przez następne pół roku;p

Zawsze doceniajmy czyjś kulinarny trud. Nigdy nie wiemy, czym go przypłacił,
żeby sprawić nam przyjemność, lub żeby po prostu
dotrzymać słowa.

 
Komentarze (4)

Napisane przez w kategorii ja

 

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Marzena

    10 czerwca 2016 o 17:38

    Iwono, opis robienia (TWORZENIA) tego placka, pasuje jak ulał do naszych codziennych „zapasów z życiem”. To idealny opis wielu moich zmagań :)
    I wiesz, co? Często się dziwię, że nikt z zewnątrz nie zauważa tych moich „gruzów”. Może dla świata liczy się tylko ten końcowy efekt?

     
    • ~Iwona

      11 czerwca 2016 o 22:34

      Cieszę się że mnie ktoś rozumie=) Życie czasem w prostych sprawach potrafi skomplikować się do takiego stanu, że nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać.
      Tak, dopóki efekt jest dla świata zadowalający i z pozoru przeciętny, to się nad nim nie zastanawia. Może to brak czasu, a może skupienie na samym sobie sprawia, że tyle uchodzi ludzkiej uwadze?

       
      • Longina

        12 lipca 2017 o 23:54

        Slinka mi już leci :)
        Takie placki są najlepsze na świecie :)
        Wiem coś o tym, :)
        Następnym razem zaproś blogerów..:)

         
        • Longina

          12 lipca 2017 o 23:55

          Wyglądam jak popcorn – na awatarze :)
          Marzena jest ładniejsza :D