RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2017

Malinówka

28 gru

Nie to żebym jakoś szczególnie przepadała za alkoholem, nic z tych rzeczy. Po prostu ciekawość. Oj tak, ciekawość wszystkiego to taka cecha charakteru, która bardzo urozmaica życie – warto pielęgnować.
Jednak ostatnio zapędziła mnie ona w rzadko interesujący mnie rejon, a mianowicie na monopolowy.

Po wykonanych na sklepie zakupach (bułki, mleko, pomidor…) ustawiłam się z koszem w tej kolejce, co to wiecie… Można tam kupić ten… alkohol. Cóż to były za emocje, co pomyślą o mnie ci ludzie z kolejki? (‚o proszę, taka młoda, z jedzenia to ledwo co, ale procent musi być, pewnie studentka, pewnie stypendium przyszło, te studia to tylko rozpijają, ciekawe czy matka wie, ale kto by pomyślał – jak to można alkoholizm maskować, że po człowieku nie widać a w czterech ścianach to nie wiadomo co się będzie działo…’), choć pewnie nie pomyślą nic. Z powyższego można już wywnioskować, że rzadko zdarza mi się kupować alkohol :) Kolejka się skraca, napięcie rośnie, ale wiem co mam zrobić, podjęłam tę decyzję już dawno. Pan ekspedient przejmuje moje zakupy i wtedy mówię ja:
„-Poproszę jeszcze likier kawowy.” Jednak w pewnym momencie zaabsorbowania pakowaniem zakupów, dobiega mnie alkoholicznie brzmiące pytanie pana ekspedienta:
„-Malinówka?” Upycham bułki w ciasnej torbie i usłyszawszy pytanie myślę ‚No gupi. Mówiłam przecież przed sekundą że likier kawowy, to co mi teraz wyskakuje z jakąś malinówką!’ Powtarzam więc wyraźnie i patrząc w oczy panu ekspedientowi:
„-KaWoWy”. Pan ekspedient patrzy na mnie i przez moment patrzymy na siebie..

Ta chwila zawieszenia w tym prostym międzyludzkim wzajemnym niezrozumieniu, wynikłym z dwuznaczności, z niedomówienia, z rozbieżności celów i sposobów myślenia, rozbieżności stanów emocjonalnych i funkcjonowania na pozór w tym samym, mentalnie jednak w innych światach..

Patrzę jednak niżej i zaczynam rozumieć jego pytanie, gdyż widzę że nie trzyma w rękach flaszki z innym, jak mi się wydawało, malinowym alkoholem, tylko… pomidora.

„-A tak, malinówka.” Wymieniliśmy porozumiewawcze heheszki i uciekłam z miejsca zdarzenia, żeby mnie nikt nie zdążył dogonić i wytropić, gdzie będzie się odbywać ta libacja. ;)

No i co? Tyle planów, tyle zachodu, a stoi w lodówce już drugi tydzień.
Nie pomidor. alkohol :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii obyczaje

 

Małe spotkanie

16 gru

Przedwczoraj minęło 2 miesiące. Miałam wystarczająco dużo czasu, żeby to sobie poukładać, żeby się do tego ustosunkować, a może nawet zdystansować. 2 miesiące minęło od pewnego ‚małego spotkania’, po którym z mojego życiorysu wypadł mi jakiś tydzień, po którym dochodziłam do siebie jakiś miesiąc. Muszę to gdzieś opisać, gdzieś wyolbrzymić lub gdzieś z tego zakpić – taki mam sposób na ‚umarcie’ dla czegoś, co nie daje mi spokoju. To nie wystarczy, ale nie zaszkodzi :)

W moim życiu w ostatnich latach dużo się pozmieniało. Ile dokładnie, to wiedziałby ktoś, kto cały czas by wtedy ze mną był a do tego miał dobrą pamięć. W skrócie mówiąc, byłam kiedyś fest wycofana. Pani M., z którą od roku współpracuję, tego nie wie. Nie wie jaka jestem, wie tylko jaka umiem być, jeśli trzeba kogoś zagrać. Ale nie wie np., że kiedyś to szlak mnie trafiał jak ktoś się na mnie niepotrzebnie patrzył i marzyłam żeby być niewidzialna; albo że czasem przejście chodnikiem w miejscu które wydawało mi się publiczne, było dla mnie krępujące, bo ludzie patrzą – tak, na pewno wszyscy na mnie patrzą, dlaczego nie można po prostu zapaść się pod ziemię. Ale ani moi współpracownicy, ani znajomi ze studiów nie znają mnie od tej strony. Może dlatego że nie do końca na tym studiach byłam sobą, a dokładniej – sporo zrobiłam wbrew sobie, czując że tak naprawdę się do tego nie nadaję. Moje życie studenckie zaczęło się bardzo aktywnie, bo zostałam starostą (ukraińsko-polsko-kazachskiej grupy 80 studentów, 3,5 roku niezapomnianych wrażeń) – w sumie to inni mnie o to sami poprosili; powiedziano mi, że prawie nic nie będę robić, więc się zgodziłam (kłamali:) Dziś nie żałuję, bo było to trochę rozwijające. Wyraźnie zobaczyłam, jak wielka jest różnica między tym, co widzą osoby, które mnie nie znają i sugerują się zaledwie kilkoma faktami, a tym wszystkim, co widzę i co wiem o sobie ja. Na trzecim roku dostałam się na staż na swojej uczelni i gdyby było mi mało kontaktów międzyludzkich i publicznych, z obowiązku zostałam liderem koła. Na czwartym wkręcono mnie jeszcze (twierdząc że będę się świetnie nadawać) w rolę, hm, aż dziwnie mi to nazwać po imieniu… więc nazwę to tak.. w rolę takiego studenckiego head’a liderów kół. I wtedy tedy zaczęła się moja współpraca z panią M. – pracownikiem uczelni. Niedługo poźniej z przykrością zrozumiałam, dlaczego ktoś właśnie taki jak ja ‚świetnie się tutaj nadaje’. Nie czuję tego jakoś specjalnie, ale mówili mi że head kół to podobno prestiżowy state – na tyle prestiżowy, żeby dwa miesiące temu wziąć udział w pewnym spotkaniu…

Zauważyłam że w miejscu, gdzie pracuję, wszystkie ważne formalne sprawy załatwia się w taki sposób, żeby mieć na to podkładkę, czyli nie na słowo, tylko raczej ‚na maila’. Nie oskarżajmy nikogo o brak zaufania – to praktyczne, zdrowe podejście, dające swego rodzaju poczucie bezpieczeństwa. Tak powinno być.
Ale pani M. nie napisała do mnie maila, tylko zadzwoniła. Zadzwoniła we wtorek po południu i powiedziała:
‚-Pani Iwono, w związku z tym że pełniła pani taką funkcję przez ostatni rok, chciałam panią spytać czy nie mogłaby pani przyjść w piątek na takie spotkanie organizacyjne i opowiedzieć coś o kołach naukowych, o stypendiach, zachęcić studentów do działalności, ja pani prześlę materiały o tym co powiedzieć, ale absolutnie nie musi pani czytać z kartki. To będzie krótkie spotkanie i taka, ja wiem, nieduża grupa studentów pierwszego roku. Miałam to zrobić ja w zastępstwie za panią prorektor, ale nie będzie mnie wtedy w pracy. Mogłaby pani przyjść?
-Jasne, kiedy dokładnie?
-W piątek o 16:00.
-Dobrze, to czekam na maila materiałami od pani.’
Pani M. przysłała mi ‚maila’ z plikiem w wordzie w którym były tylko jakieś ogólne informacje o stypendiach, grantach i cała lista kół, czyli wszystko co wiedziałam.  W treści maila napisała jeszcze, że to tylko propozycja tekstu i absolutnie nie muszę jej czytać z kartki. Nie potrzebowałam więcej, bo myślałam że to małe spotkanie ze studentami pierwszego roku i my sobie w tym gronie tak po prostu poopowiadamy, jak to wygląda działanie w kołach u nas, jak się ustawić ze stypendiami, ja i studenci, krótkie spotkanie, mała grupa…

Mieszkam blisko uczelni, więc się nie spieszyłam. Wybiegłam ubrana jak do pracy – spodnie, sweterek, niby wszystko pasuje, a po co lepiej? Dotarłam na 15:55. Zbliżam się do sali, do której miałam przyjść na spotkanie, ale pewna pani przed progiem mnie zatrzymuje i mówi, że ja to mogę zostawić swój płaszcz w sali obok… Nie rozumiem, w pierwszej chwili chciałam jej powiedzieć że przecież na krześle sobie położę, ale posłusznie udałam się do drugiej sali. Troszkę zdębiałam, bo przebierały się tam już w takie uroczyste szaty władze uczelni i mimo że próbowałam niezauważona przemknąć bokiem, żeby w tym jakże niefortunnym miejscu tylko rzucić płaszczyk na krzesło, niektórzy oblecieli mnie wzrokiem,  jak bym o czymś zapomniała, ale trochę zmieszana wyszłam i udałam się w stronę sali na spotkanie. Idąc do sali zaczęłam się coraz bardziej niepokoić, po co to wszystko, a zbliżając się do sali coraz lepiej słyszałam ile jest w niej ludzi… Wiecie, coś takiego, jak kiedy zbliżacie się do sali w której siedzi dużo ludzi i część rozmawia, taki pogłos. Stanełam w progu sali, w której miałam mieć swoje spotkanie z małą grupą studentów i zobaczyłam że w auli wypełnionej po brzegi jest już około 300 osób. Byłam w szoku, bo zaczęłam rozumieć co to za spotkanie i że nie jestem na nie w żaden sposób przygotowana. Może mogłam uciec? Pobiec i komuś się poskarżyć? Nie mogłam, byłam w szoku, nie wiedziałam co mam robić. Wiedziałam tylko, że jeśli to zepsuję, to stracę wszystko na co tutaj przez ostatnie 4 lata pracowałam – dobrą opinię, pracę, skompromituję się w najgorszy możliwy sposób w oczach ludzi których znam i których nie znam, tych na których zdaniu na mój temat mi zależy, wystawię się na niekorzystny widok publiczny. I pomyślałam jeszcze, że przecież nikt mi nie uwierzy, bo nie mam żadnych, ale to żadnych dowodów, żadnego maila oprócz tego z ogólnym plikiem w wordzie i komentarzem, że ‚to tylko propozycja, której w ogóle nie muszę czytać’… Chciałam zapytać pani przy progu, kiedy dokładnie będę mówić, ale nie była chętna do rozmowy, dwa razy odpowiedziała tylko że ona mnie zapowie jak będzie moja kolej. Usiadłam w pierwszym rzędzie i przeczytałam na scenie napis IMMATRYKULACJA. Kolejne grupy studentów ze swoimi krzesłami wchodziły, niekórzy siadali na schodach bo przekraczało to możliwości auli, a ja siedziałam otępiała i byłam jak ta koza – z tych kóz, co to w obliczu zagrożenia drętwieją i nie są w stanie uciec. Przypomnę, że jeszcze nie tak dawno samo chodzenie miejscami zbyt publicznymi było mi, mało powiedzieć, nieobojętne.

Na szybko zaczęłam układać sobie w głowie kilka uroczystych zdań. Uroczystość się zaczęła, przemówił dziekan i powiedział wszystkie zdania które właśnie sobie wymyśliłam… Po nim przemówił rektor, mówił coś podobnego, acz barwniej, ciekawiej. Nasze oczy spotkały się w momentach, kiedy akurat powiedział „nie takie studia straszne jak je malują” i kiedy mówił o studiach niestacjonarnych, że wybierając tę formę ‚na studia poświęcamy czas, który wiele osób poświęca rodzinie’… W tym roku właśnie zaczęłam studia niestacjonarne. Przestałam myśleć o tym, co powiem. Kiedy skończył, przedstawiła mnie ‚pani z progu’, wstałam i kiedy szłam w stronę sceny usłyszałam, że oprócz mojego imienia, nazwiska i funkcji podaje tytuł mojego wystąpienia. Wtedy – krok przed sceną – usłyszałam go po raz pierwszy, ale stwierdziłam że nie będę o tym mówić, bo po pierwsze jest żałośnie skomplikowany, a po drugie jest to dość chory temat jak na immatrykulację, bo żeby wypowiedzieć się dokładnie w tym temacie, musiałabym odczytać regulamin funkcjonowania kół naukowych. Wyszłam na podium i innymi słowami powiedziałam parę zdań które ułożyłam sobie w głowie wcześniej. Zapomniałam tylko na początku tych zdań zwrócić się do władz – kapnęłam się że tego nie zrobiłam, kiedy pan siedzący w pierwszym rzędzie wymownie spuścił wzrok gdy zaczęłam mówić, a kapnęłam się dokładniej, kiedy po mnie na scenę wyszła przewodnicząca samorządu – taka odpicowana megalaska z megakartką z której wszystko mega przeczytała, jak na immatrykulację przystało. Ale nikt mi tego nie wypomniał, ani w żaden inny sposób nie powiedział mi, czy zrobiłam coś dobrze, czy źle. Szkoda, może wtedy mogłabym się wytłumaczyć.

Trudno mi opisać jak czułam się po powrocie do domu. Jak wspomniałam, emocjonalnie to był tydzień wyjęty z życia. Najwidoczniej jednak nie rzucało się to w oczy jakoś specjalnie. No może Agatce, biedna się przestraszyła. Ja też się przestraszyłam, że mi się coś stanie.

Czy pani M. już kogoś zrujnowała? Czy zrobiła mi to specjalnie?

Gdzie jest granica między nieufnością a naiwnością?

Nie wiem czy ktoś to przeczytał, w każdym razie musialam to napisać i jest mi z tym lepiej:) Obiecuję że następnym razem wyskrobię coś pozytywnego. Choć nie mam już dużo czasu, bo zdaje się że… z dniem 31.01 ZAMYKAJĄ NAM CAŁĄ PLATFORMĘ BLOGA :o Ale jak to? Toż to przecież zagłada jakiegośtam świata… :>

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii emocje, ja, ludzie, studia