RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘obyczaje’

Szczerze o szczerości

23 wrz

Postanowiłam pochylić się dziś nad słowem, które, choć ogólnie rozumiane jako zaleta, bywa używane w celu zwykłego przykrycia swoich różnych, nieoczywistych wad. Wad krzywdzących innych.

Ktoś informuje, że jest szczery. Znaczyć to powinno tyle, co:
1. «nieukrywający swoich myśli, uczuć, zamiarów»
2. «będący wyrazem czyjejś prawdomówności, czyichś czystych intencji itp.»
3. «jednolity, wolny od domieszek»
- https://sjp.pwn.pl/sjp/;2526304

Tego właśnie oczekiwalibyśmy od ludzi których spotykamy w życiu, takich przyjaciół chcielibyśmy mieć, z takimi ludźmi rozmawiać. A później takich spotykamy – „nieukrywających swoich myśli”, „prawdomównych” – i… wolelibyśmy ich już więcej nie spotkać.
„Po prostu jestem szczera”, „Cóż, prawda w oczy kole..” mawiają. Ale eśli ktoś dzieli się z nami swoimi mniej lub bardziej ubogimi przemyśleniami na nasz temat, a my w ich wyniku czujemy się zmieszani z błotem, to najwyraźniej nasz rozmówca popełnił jakiś błąd i problemem nie jest tutaj szczerość i prawdomówność, którymi chciałby się pochwalić.

Powiedziałabym, że szczerość jest zaletą, kiedy idzie w parze z empatią, kiedy ktoś zastanawia się Jak:
1. odsłonić swoje myśli, uczucia, zamiary;
2. dać wyraz swojej prawdomówności, czystych intencji;
3. jednolicie, bez domieszek,
w taki sposób, żeby obdarzona tą „szczerością” osoba nie poczuła się np. zmieszana z błotem, czy gorsza.

Jeśli ktoś nie zastanawia się, jak to co mówi wpłynie na czyjeś uczucia, to może niech tą swoją szczerością pluje do góry, gdyż szczery bez empatii to często nie więcej niż.. bezczelny.

Cóż, prawda w oczy kole ;)

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii emocje, ludzie, obyczaje

 

Oszołomalia

19 maj

Zrobiłam ostanio coś szalonego. Poszłam trzeźwa na juwenalia. W zasadzie to nie poszłam na juwenalia. A fe, brzydzę się juwenaliami. Zatem było to tak, że dołączyłam do kilku prawilnych znajomych, którzy wybierali się na dwa koncerty zacnych zespołów, które (jak by to już nie było lepszej okazji) występowały akurat podczas juwenaliów.

Pierwszy koncert był jeszcze do przejścia. Drugi… Zrobiło się ciaśniej. Moje towarzystwo próbowało przecisnąć się jak najbliżej sceny, więc żeby się nie zgubić, podaliśmy sobie rączki i wężykiem dostaliśmy się trochę bliżej. Wybierając się na ten koncert zapomniałam o kilku sprawach: Że na tej „kulturalnej imprezie” będą nie tylko moi znajomi, że jestem mała co sprawia że w sardynkowym upchaniu po prostu niewiele widzę, że na koncerty chodzi się w niskich butach oraz że z obrzydzenia do tłumów wyszłam całkiem niedawno… a właściwie to jeszcze dobrze nie wyszłam.
Dopchaliśmy się pod scenę. Ciasno, ciemno, ale jesteśmy koło siebie i jeszcze się trzymamy. W pewnym momencie zespół zaczął grać pierwszy utwór i zorientowałam się że coś jest nie tak, coś się zaczyna dziać… Otóż ja, brzydząca się ściskiem i cudzym brudem, podejrzliwa wobec każdego ‚niepotrzebnego dotknięcia’, decydująca się na kilkukilometrowy spacer w obliczu niewystarczającej ilości miejsca w autobusie (itd)… niechcący znalazłam się w środku Sporego tłumu, który zebrał się tam, żeby do tego utworu ‚tańczyć’ pogo. Zakładam że kojarzymy czym jest pogo. I tak, otaczająca mnie banda oszołomów, nie obrażając nikogo (a w szczególności nie obrażając oszołomów), zaczęła się z radością na twarzach naparzać. Taka legalna ustawka. Nikt nie zrozumiał że ja znalazłam się tam przez przypadek, ani że nie zamierzam się z nikim bić. Szybko więc znalazłam się pod nogami. Przewrócić się pod nogami takiego skaczącego na wszystkie strony motłochu, to jak wypuścić powietrze na dnie – samemu bardzo trudno wstać, nie mówiąc już o wydostaniu się stamtąd, czego ze wszystkich sił próbowałam. Oni po prostu nie jarzyli że ja tak nie chcę. Ktoś mi pomógł wstać i dalej próbowałam się wydostać (nie mam pojęcia gdzie byli wtedy moi znajomi), ale znowu padłam. Jej… Gdyby ktoś większy na mnie wtedy stanął… Nie chcę myśleć. W pewnym momencie usłyszałam jak jakaś inna dziewczyna (mojej postury, akurat się koło mnie przewróciła) błaga swojego chłopaka żeby stąd szybko wyszli. Ale on nie od razu załapał… Tak więc z tą obcą osobą złapałyśmy się siebie i wspólnymi siłami i późniejszą pomocą jej chłopaka wydostałyśmy z ogłupiałego towarzystwa. Jeśli Pani to czyta, to dziękuję Pani :) Wyszłam z tłumu, opuściłam imprę i resztę czasu przesiedziałam na przystanku. W takich miejscach sieć jest przeciążona, więc nie od razu się też znaleźliśmy (co moja koleżanka wyraziła poirytowaniem moim zachowaniem), ale też na tamten stan emocjonalny chyba już mi na tym nie zależało – najważniejsze, że nikt już nie próbował mnie stratować. Nie wiem kiedy wybiorę się na kolejny koncert, czy inne ciasnoludziowe wydarzenie.
W ogóle nie czuję takiej potrzeby.

Mówi się że juwenalia to impreza studencka. Dla mnie to impreza oszołomów. Zabrońmy tego, albo chociaż zmieńmy nazwę, żeby żadna przypadkowa Iwona nie pomyliła dróg.

Poza tym… marzę żeby wreszcie pojechać w Bieszczady. Stęskniłam się za tymi przestrzeniami. Może jeszcze w tym miesiącu…?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii emocje, obyczaje, studia, znajomi

 

Juwenalia

11 maj

Przedwczoraj pierwszy raz w życiu byłam na tzw. Juwenaliach.
Juwenalia to taka ..impreza studencka. Nie polecam jednak, za moim przykładem,
wybierać się na nią bez znieczulenia- bez niego „pijani studenci leżący w śmieciach na trawnikach między budynkami swojej zacnej uczelni” to po prostu ”pijani studenci leżący w śmieciach na trawnikach między budynkami swojej zacnej uczelni” i nie ma w tym nic cieszącego dla oka, ani ucha. Nie rozumiem
po co ci wszyscy ludzie się tam zebrali..
Poszłam z siostrą i umówiłam się jeszcze z koleżanką- moim celem był koncert. Moja koleżanka z
Kazachstanu, nie mówiąca dobrze w Żadnym języku, miała duży problem z trafieniem na właściwe miejsce.
Po godzinnych perypetiach wreszcie się spotkałyśmy. Niestety po drodze dołączyło do mnie jeszcze kilku, ledwo stojących ‚znajomych’ nie mogących trafić w bramę na koncert. Ale po wspólnym przeciśnięciu się w tłumie przez bramę wszyscy się zgubiliśmy. Została już przy mnie tylko moja koleżanka i kolega.
Ów Ukrainiec i owa Kazaszka były jedynymi trzeźwymi osobami jakie spotkałam tam tamtego wieczora.
Co tu dużo mówić, juwenalia to nie mój typ imprezy ;)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii obyczaje, studia, znajomi

 

Bieda urojona

19 wrz

Dziw bierze, jak wiele można sobie wmówić.
Coś sprawia, że zaczynamy myśleć o sobie w pewien określony sposób i ‚jakaś siła’ nas według niego przeobraża. Niestety podświadomość nie zawsze chce dla nas dobrze, a siła tych myśli potrafi być niezwykle destrukcyjna, także fizycznie. Na przykład niektórzy wmawiają sobie że są chorzy- i są. Przypomina mi się tutaj Dick z „Tajemniczego Ogrodu” od dziecka cierpiący na urojonego garba, będącego sprawcą jego życiowego nieszczęścia i braku nadziei na dobrą przyszłość. A jak wiadomo można wmówić sobie dużo poważniejsze choroby- choroby serca, choroby układu pokarmowego.. Dziwić się, że ‚wiara czyni cuda’ kiedy jakiś z dupy wzięty uzdrowiciel uzdrawia jednym dotknięciem, to jak dziwić się, że tabletki placebo uzdrawiają miliony. Sprawa jest prostsza: najpierw wiara w swoją chorobę czyni cuda w postaci jej efektów, a później ta sama wiara (tylko już w ustąpienie choroby), czyni te same cuda w postaci braku efektów wcześniejszej wiary. Hej wystarczy! Miałam pisać o biedzie. O biedzie. Obiedzie.. Głodna jestem :>

Dwa tygodnie temu poznałam w pracy nowego kolegę- bardzo wylewny i rozmowny człowiek. Przyszedł, usiadł przy stanowisku obok i zanim jeszcze dowiedziałam się jak się nazywa, już zdążyłam usłyszeć, że jest w trudnej sytuacji materialnej i rodzinnej, mogą mu zabrać rentę po ojcu, jego mama jest przed emeryturą i nie pracuje, są na jakimś zasiłku 600zł a przecież muszą opłacić czynsz i rachunki, a i z czegoś trzeba żyć, więc on tu przyszedł pracować żeby tylko przetrwać i w sumie jest też chory i jeszcze te studia… A ja tak słucham.. ‚To przecież straszne! Co on teraz taki biedny zrobi? Jak oni sobie z tym wszystkim teraz poradzą?
I już.. Już pogrążam się w bezradności i rozpaczy za ludzkim nieszczęściem, już prawie serce mi z żalu pękło… Kiedy kilka dni później budzi mnie rano telefon. Niedawno poznamy kolega dzwoni i ponaglającym tonem głosu pyta, ‚czy pożyczę mu 150zł na nowe słuchawki do Iphone’a, bo gość na allegro tak tanio sprzedaje i on potrzebuje już teraz, a odda mi za parę dni’… W tej chwili mój niezawodny telefon się rozładował, po raz kolejny okazując się mistrzem taktu. Czy ja dobrze usłyszałam? Czy na pewno już się obudziłam? Niestety tak i w skrócie możnaby to ująć: „Pożycz mi 150zł na słuchawki do Iphone’a bo jestem biedny”. Uświadomiłam sobie wtedy, że chyba jednak jestem biedniejsza niż on. Nie, nigdy nikomu nie pożyczę 150 zł na słuchawki do Iphone’a. Napisałam mu w wiadomości, że będąc w tak trudnej sytuacji może nie powinien pozwalać sobie teraz na takie wydatki.. Otrzymałam odpowiedź że jednak nie zabiorą mu renty.

Może to już czas? Może to już czas wyjść na ulice i zacząć żebrać, skoro tak biedny człowiek ma, a ja ciągle ten sam stary, blaszany telefon…

Dobrze że mi to serce wcześniej nie pękło.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii emocje, ja, ludzie, obyczaje, praca, znajomi

 

Obeznaniowość

27 lip

Abstrahując elokwentnie od wszelakiej kompetencji zainicjujmy definitywnie intelektualną dywagację. Zważywszy na inklinację domniemanych ekspertów językowych ku amplifikacji purystycznych tendencji językowych postanowiłam pokontemplować nad podłożem tej specyficznej u wspomnianych dążności.
Bo dlaczegóż gmatwać swą myśl, swą intencjonalność i wikłać ją domniemanie rozumianymi terminami?
Jakiż jest zamysł osoby komplikującej odbiór faktycznej myśli swą oracją, perorą, alokucją?
Czy nie zbyt śmiało niektórzy stosują niepowszechne zwroty, w rzeczywistości niekiedy uchybiając
ich znaczeniom, powodując obnażenie swego niezaznajomienia i czyniąc tym z siebie urągowisko
wśród uświadomionych?
Tak łatwo zaprzepaścić krasomówcze starania o uzyskanie opinii elokwentnego indywiduum,

że może czasem lepiej prosto z mostu powiedzieć
co nam siedzi w głowie,
czy na wątrobie.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ludzie, obyczaje

 

Podryw wersja hard

02 cze

Godzina 20:45, przystanek autobusowy. Po kilku minutach oczekiwań na autobus
podchodzi do mnie, zostawiając kolegów, młody mężczyzna- ktoś na kształt studenta,
lekko zgarbiony, lekko pijany…
-Hej, założyłem się z kolegami że dasz mi swój numer.
-Mam nadzieję że dużo nie przegrałeś.

KONIEC

 

 

W sumie mówił coś jeszcze w stylu „A jak ładnie poproszę?”.
Co innego gdyby założył się o to, że spyta mnie czy dam mu swój numer.
Ale on założył się o to, że mu go dam. To zmienia postać rzeczy.
To znaczy i tak bym nie dała. Ale zmienia.
Zresztą, nieważne ..

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii obyczaje

 

Ornitologiem być

13 maj

Wchodzę do domu i zmierzam do swojego pokoju mieszczącego się na pierwszym piętrze.
Wtem, upragnioną, rzadko występującą pod tym numerem ciszę przerywa głuchy łomot uderzenia kto wie czego w okno któregoś z pomieszczeń na dole. Nie schodzę, czekam na jakąś reakcję będącej bliżej epicentrum siostry… Chwilę później dobiega do mnie rozpaczliwe, druzgoczące wzdychanie:
„O jeeejku, jeeejkuu, o jeeeeeeeeeeeeej!”.

Wymowa tej skąpej w słowach treści sugerowała, że stało się coś strasznego. Zanim różne przerażające, przypuszczalne i nieprawdopodobne, przychodzące mi na myśl obrazy zupełnie obezwładniły mnie w narastającym strachu, rzuciłam się biegiem na ratunek ludzkości, ujarzmić zniszczenie, opatrzyć chorych, kalekich i rannych! Z obłędem w oczach wybiegam na taras, skąd dobiega zawodzenie, a tam… siostra, nie przerywając, pochyla się nad ptakiem. Mieszkam nad rzeką, klimat sprzyja nie tylko dzikim czworonożnym zwierzętom, ale i ptactwu, którego jest tu również mnóstwo. Niestety nie znam się na ptakach- nie wiem co za „nieszczęśnik” z rozpędu w locie uderzył dziobem w okno stając się przyczyną wspomnianego łoskotu. Choć na pewno nie był to bocian, wrona, ani orzeł..
Słaba ze mnie znawczyni.

Nie umiałam też pomóc szaro-kolorowemu, jeszcze dychającemu rannemu. Zrobiło mi się trochę słabo- z całej tej niechęci dotknięcia go, a jednocześnie współczucia prawie padłam obok niego, toteż bardziej zrównoważona pod tym względem siostra przetransportowała go do karmnika, ścieląc mu w nim moją, zakupioną swego czasu w sklepie odzieżowym bluzką (10 zł/kg) i podając okruszki suchara. Tak to ptak (w najlepszych jakie mogłyśmy mu zapewnić warunkach) dochodził do siebie po wypadku. Jakaż była nasza radość, kiedy wyfrunął! A jakiż zawód, kiedy z pracy wróciła mama i razem z braciszkiem kilkanaście metrów dalej znalazła go ponownie, bo jednak daleko nie poleciał. Myślała, że żyje, więc też próbowała go uratować. Nie mniejsze też było moje zdziwienie, kiedy wchodząc do salonu zobaczyłam braciszka z zawinietym obok w sweter ptakiem oglądających razem TV. Zasugerowałam jednak mamie, by jak najszybciej się go pozbyć, umyć i zdezynfekować otoczenie, ponieważ  PACJENT NIE MRUGA!

;(

Swego czasu,  po założeniu przy ulicach ekranów wyciszających miała miejsce plaga uderzających w nie ptaków. Różne czarne martwe ptactwo, nie przyzwyczajone do takich przeszkód  leżało gdzieniegdzie obok chodników i na trawnikach. Aby temu zapobiec, na ekrany przyklejono czarne ptakopodobne naklejki; ograniczyło to częstotliwość takich zderzeń. Ale czy ktoś próbował je reanimować? :>
Kilka dni później w Internecie natknęłam się na zdjęcie kawałka kurczaka z piórami

Ktoś skomentował:
„Doświadczony weterynarz mógł go jeszcze odratować.”

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii dzieci, obyczaje

 

Wieśniactwo

06 maj

Wieś.
Według danych Głównego Urzędu Statystycznego tereny wiejskie zamieszkuje 15 400 000 osób stanowiąc tym samym 40% społeczeństwa. Właściwie trudno dotrzeć do właściwej definicji wieśniactwa. To dobrze znane, często słyszane słowo nawet nie występuje w Słowniku Języka Polskiego, nie występuje też, o dziwo, w Słowniku Slangu Miejskiego, ani nawet na Wikipedii… Dotarłam za to do kilku pokrewnego mu definicji.

Wieśniak:
 …………………………..   …….1)  człowiek mieszkający na wsi (~Wikipedia)
a   2) pogardliwie: człowiek pochodzący ze wsi lub mieszkający na wsi (~Słownik Języka Polskiego)
………….                    .3) osoba, która jest ubrana niegustownie, jest źle ubrana (~SSM)
 …………                     .4) osoba, która wyglądem, mową lub zachowaniem kojarzy się
 ………………                   .ludziom cywilizowanym z osobą niecywilizowaną. (~SSM)

Nie od dziś ludzie żywią do siebie uprzedzenia, generalizują, przypinają łatki.
Staram się rozumieć, że bezwzględne, bezmyślne kojarzenie mieszkania na wsi z zacofaniem, brakiem gustu czy nieobyciem wynika ze społecznie błędnego postrzegania pewnych spraw. Ale dlaczego Słownik Języka Polskiego fakt mieszkania poza granicami miasta uznaje za „pogardliwy”? . . .

To już niech lepiej wypowie się Nonsensopedia.
Wieśniak – ktoś, kto pędzi bimber, owce na hale i lekkie życie. Statystyczny wieśniak bez względu na wiek uczestniczy co niedzielę we Mszy Świętej, po której udaje się z innymi wieśniakami na tanie wino, chleje na umór i bez opamiętania płodzi dzieci. W Polsce wieśniakiem jest nazywany mieszkaniec Wsi polskiej, lub osoba pracująca przy ulicy Wiejskiej w Warszawie.
Aby być wieśniakiem:
-Musisz z ogromnym zadziwieniem oglądać się na ludzi z miasta.
-Musisz mieć ciągnik Ursus, ale co najmniej 30-letni.
-Nie możesz mieć niczego, czego mogliby Ci zazdrościć sąsiedzi. W przeciwnym wypadku jesteś
. buc, cham i menda, bo nie umiesz żyć we wiejskiej wspólnocie…

;)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii obyczaje

 

Like a traveler

18 kwi

…. Dni wolnego minęły mi szybko i niepostrzeżenie.
Żeby nie było że cały tydzień tylko przed tym komputerem, wyruszyłam na wycieczkę do Krakowa. Pociągiem. Przezornie dzień wcześniej wykupiłam bilety- sobie i mej towarzyszce podróży- siostrze (stwierdziła że absolutnie nie mogę jechać sama ;). Pani kasjerka sprzedała mi je nawet w promocji- zapłaciłam tylko 33zł. Problem tylko w tym, że był to bilet na pociąg, który nie istniał, gdyż z dniem następnym zmieniał się rozkład jazdy, zmienił się też sam przewoźnik.. Tak więc tym drogim kawałkiem papieru mogłam sobie teraz wytrzeć… buty. Czy Pani sprzedawczyni zrobiła to z premedytacją, czy dlatego że tak jej kazali (dobrodusznie promocją), czy nieświadomie-  tego się już nie dowiem.
……………………………. ……… ……… .  Teraz miałam trzy możliwości:
 …..1) Z rozpędu uderzyć głową w ścianę peronu 1. z okrzykiem „Do Hogwartu!”, czy Krakowa;
.2) Wykupić bilet na pociąg obecnego przewoźnika, czyli zapłacić jeszcze raz- tym razem jednak 48zł,
 ………………………………………….a na poprzedni złożyć reklamację;
…………………………………………………….3) Wrócić do domu.
 …………………Wszystkie opcje wydawały się kuszące, ostatecznie wybrałam tę nr 2.
Podróż jak podróż. Trafił nam się przedział z 4 dziadkami i młodzieńcem z gniazdem ze włosach;) Próbowałam zająć się lekturą, jednak przeszkadzała mi świadomość, że kto nie czuwa, ten jest oglądany. W połowie drogi wsiadło całe mnóstwo ludzi, byli wszędzie, siedzieli na swoich torbach w korytarzu, stali przy oknach, aż mi było głupio że siedzę. W większości było widać, że mieli już wprawę.
Kraków jak Kraków. Byłam tam już kiedyś, raz  w życiu 6 lat temu, toteż po wyjściu z pociągu nie bardzo wiedziałyśmy gdzie dalej iść (: Po omacku dotarłyśmy na rynek. W pijalni czekolady wypiłyśmy dobrą herbatkę, zakupiłyśmy dwie najmniejsze z możliwych pamiątki, zrobiło się ciemno i trzeba było wracać
do domu.
Powrót  w wagonie klasy 1/2. Przytulnie i pusto. W oświetlonej kabinie czekałyśmy aż ruszy, kiedy przez drzwi wsunął samą głowę pewien młody człowiek pytając, czy może do nas dołączyć ze swoim kolegą; „Tak? Możemy? Ale na pewno? Kolega jest obcokrajowcem, to nie przeszkadza?”. Jego kolega to właściwie jego szef w firmie zajmującej się pośrednictwem pracy czy czymś takim. Taki brązowawy, sympatyczny. Rozsiadali się wyjaśniając, że już na dworcu fell in love w nas i za wszelką cenę chcieli z nami siedzieć.  My ledwo  żywe, oni za to bardzo nastawieni na konwersację. Wystąpiła tu bariera tzw. językowa,  sorry our english is not very well. Początkowo już wstawiony polski kolega służył za tłumacza, acz po którejś kolejce zaniemógł.  Wtedy okazało się, że bez niego też umiemy się dogadać, aż głośno odkrywczo spostrzegłam:
-Wódka connecting people!
-Like T-mobile!
Haha. My nie piłyśmy.
Miałam marchewkową Vitaminkę i  równolegle z nimi uzupełniałam płyny.
Ale i tak namawiał:

-Iwonka, why don’t you drink? Do you want to mixed with Vitaminka?
-No, thanks, it’s good enough. But have you ever drunk wine with coca cola?
-Omg, what?! No! (…) 
Nasza rozmowa zeszła nawet na Freudowskie spojrzenie na związki. Nie jestem pewna, czy wyrażałam się jasno;] ale wątpię, żeby przy tej ilości alkoholu jakoś długo (do wytrzeźwienia) pamiętał naszą dywagację.
…………………..                 ……Ja natomiast kolejny raz doszłam do wniosku,
że
…………….             ..czasem trzeba się trochę upić, żeby się ze mną dogadać.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja, obyczaje

 

Sobota

13 kwi

Wcześnie mi się dziś wstało.
Grający na telefonie braciszek i trzaski zbierających się kolejno do pracy rodziców otwierały mi oczy
już od 7… Do wymarzonej kawy brakło mleka, co zmusiło mnie do wyjścia do sklepu. Nie to, żebym
nie lubiła chodzić po sklepach; problem tkwi w tym akurat sklepie (jedynym w okolicy)
i świadomości higienicznej jego ekspedientki.
Poranna gastro-faza popchnęła mnie do kupienia jeszcze dwóch bułek.. Stoję w kolejce.
Przy koszykach, które kto wie po co tam są, siedzi jeden z tych znanych pod-sklepowych ludzi,
a do sklepu wkracza drugi, oznajmiając:
-Kierowniczko! Ja biorę cztery browary, a zapłace późni!
-Dobra! -Odpowiada pani ‚kierowniczka’, gołą ręką (którą wcześniej wydawała pieniążki) odkładając
niezafoliowaną szynkę. O, przepraszam, jednak miała rękawiczkę- czarną, zimową, bez palców.
Doczekałam się na swoją kolej. Pani kierowniczka otwarła mój worek, żeby policzyć dwie bułki,
po czym kciukiem i palcem wskazującym ujęła jedną bułkę i rzekła:
-Ta bułka jest wczorajsza, pójdę ci ją wymienić.
Patrzyłam na tą bułkę ściśniętą tą wykonującą wcześniej wszystko inne dłonią nawet nie słuchając,
co do mnie mówi, po czym skupiłam się na samej trzymającej ją dłoni i kiedy ostatnie echo jej stwierdzenia
wyleciało mi drugim uchem (co nie oznacza tu że jestem wewnętrznie pusta), odpowiedziałam:
-Nie, nie trzeeba, kupię tylko tę jedną.
Czasami wracam z tego sklepu i mam ochotę wszystko umyć..
-Iwona, dlaczego myjesz to mleko?
-Nieważne.
Kiedy już zrobiłam sobie wspaniałą kawę, kolejny raz naszła mnie myśl, żeby się gdzieś wybrać.
Od zeszłego czwartku wzięłam sobie tydzień wolnego, ale w sumie nie mam co ze sobą zrobić…
Pomyślałam więc, że pojadę zarezerwować sobie bilet na pociąg i jutro zobaczę Kraków.
Chwilę później stoję na przystanku autobusowym, jednak zamiast autobusu podjeżdża
mały biały samochód i czterdziestoletni wątły pan z papierosem krzyczy do mnie:
-Siadeeej!*   (*’może panią podwieźć?’ przyp. tłum.)
W sumie mój autobus spóźniał się tylko minutę, ale ta jego siła perswazji…
Co miałam zrobić. Siadłam. Okazało się, że to znajomy moich rodziców i że jestem
podobna do mamy (Cóż..). Niestety ja ze swoją prostopagnozją z nikąd go nie kojarzyłam.
Tym sposobem wysłuchałam kilku opowieści o pracy za granicą, poznałam kilka brzydkich wyrazów..
Kształcąca to była podróż. Z powrotem już autobusem;
-Poproszę normalny na Rejtana.
-A siadej.
Czyli do Rejtana bryknełam się za free, na dalszą trasę mam miesięczny :)

Teraz jeszcze ostro świeci zachodzące już Słońce.
Niebo jest szare, białe, niebieskie i granatowe, sypie grad i pojawia się tęcza.
Cudo :)

 

 

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii obyczaje