RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘studia’

Oszołomalia

19 maj

Zrobiłam ostanio coś szalonego. Poszłam trzeźwa na juwenalia. W zasadzie to nie poszłam na juwenalia. A fe, brzydzę się juwenaliami. Zatem było to tak, że dołączyłam do kilku prawilnych znajomych, którzy wybierali się na dwa koncerty zacnych zespołów, które (jak by to już nie było lepszej okazji) występowały akurat podczas juwenaliów.

Pierwszy koncert był jeszcze do przejścia. Drugi… Zrobiło się ciaśniej. Moje towarzystwo próbowało przecisnąć się jak najbliżej sceny, więc żeby się nie zgubić, podaliśmy sobie rączki i wężykiem dostaliśmy się trochę bliżej. Wybierając się na ten koncert zapomniałam o kilku sprawach: Że na tej „kulturalnej imprezie” będą nie tylko moi znajomi, że jestem mała co sprawia że w sardynkowym upchaniu po prostu niewiele widzę, że na koncerty chodzi się w niskich butach oraz że z obrzydzenia do tłumów wyszłam całkiem niedawno… a właściwie to jeszcze dobrze nie wyszłam.
Dopchaliśmy się pod scenę. Ciasno, ciemno, ale jesteśmy koło siebie i jeszcze się trzymamy. W pewnym momencie zespół zaczął grać pierwszy utwór i zorientowałam się że coś jest nie tak, coś się zaczyna dziać… Otóż ja, brzydząca się ściskiem i cudzym brudem, podejrzliwa wobec każdego ‚niepotrzebnego dotknięcia’, decydująca się na kilkukilometrowy spacer w obliczu niewystarczającej ilości miejsca w autobusie (itd)… niechcący znalazłam się w środku Sporego tłumu, który zebrał się tam, żeby do tego utworu ‚tańczyć’ pogo. Zakładam że kojarzymy czym jest pogo. I tak, otaczająca mnie banda oszołomów, nie obrażając nikogo (a w szczególności nie obrażając oszołomów), zaczęła się z radością na twarzach naparzać. Taka legalna ustawka. Nikt nie zrozumiał że ja znalazłam się tam przez przypadek, ani że nie zamierzam się z nikim bić. Szybko więc znalazłam się pod nogami. Przewrócić się pod nogami takiego skaczącego na wszystkie strony motłochu, to jak wypuścić powietrze na dnie – samemu bardzo trudno wstać, nie mówiąc już o wydostaniu się stamtąd, czego ze wszystkich sił próbowałam. Oni po prostu nie jarzyli że ja tak nie chcę. Ktoś mi pomógł wstać i dalej próbowałam się wydostać (nie mam pojęcia gdzie byli wtedy moi znajomi), ale znowu padłam. Jej… Gdyby ktoś większy na mnie wtedy stanął… Nie chcę myśleć. W pewnym momencie usłyszałam jak jakaś inna dziewczyna (mojej postury, akurat się koło mnie przewróciła) błaga swojego chłopaka żeby stąd szybko wyszli. Ale on nie od razu załapał… Tak więc z tą obcą osobą złapałyśmy się siebie i wspólnymi siłami i późniejszą pomocą jej chłopaka wydostałyśmy z ogłupiałego towarzystwa. Jeśli Pani to czyta, to dziękuję Pani :) Wyszłam z tłumu, opuściłam imprę i resztę czasu przesiedziałam na przystanku. W takich miejscach sieć jest przeciążona, więc nie od razu się też znaleźliśmy (co moja koleżanka wyraziła poirytowaniem moim zachowaniem), ale też na tamten stan emocjonalny chyba już mi na tym nie zależało – najważniejsze, że nikt już nie próbował mnie stratować. Nie wiem kiedy wybiorę się na kolejny koncert, czy inne ciasnoludziowe wydarzenie.
W ogóle nie czuję takiej potrzeby.

Mówi się że juwenalia to impreza studencka. Dla mnie to impreza oszołomów. Zabrońmy tego, albo chociaż zmieńmy nazwę, żeby żadna przypadkowa Iwona nie pomyliła dróg.

Poza tym… marzę żeby wreszcie pojechać w Bieszczady. Stęskniłam się za tymi przestrzeniami. Może jeszcze w tym miesiącu…?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii emocje, obyczaje, studia, znajomi

 

Listopad

12 lis

Właśnie że dobry był dziś dzień.
Co prawda… smarkało w twarz ni to mrzwką, ni to deszczem, źródłem światła zdawały się być jedynie ostatnie na jeszcze nieołysiałych drzewach jasno-żółte liście, a chłodny wiatr wpadał nosem, owiewał mózg i zgodnie z odczuwaną zasadą cyrkulacji powietrza
wylatywał uszami…

Ale przecież każdy dzień jest na coś DOBRY :)
To, że dzień nie jest dobry na paradowanie bez czapki, to jeszcze nie znaczy, że jest zły. Trochę więcej elastycznej kreatywności i każdy czas można wykorzystać lepiej!

A mówię to ja – człowiek, który ogarnia wszystko (oprócz siebie oczywiście. W stanie krytycznym zdarza się nałożenie kremu nagietkowego zamiast pasty na szczoteczkę do zębów, a także wybiegnięcie z domu w dwóch różnych butach i popłakanie się ze śmiechu z siebie…) i wciąż ma poczucie marnowanego czasu. Choć to poczucie chyba zwyczajnie miesza mi się z poczuciem tego, czego nie zdążyłam zrobić i tego, co jeszcze mam na głowie.

A trochę mam… Kiedy wreszcie przyjdzie ten dzień, w którym postawię ostatnią kropkę
na końcu wszystkiego i wreszcie będę mogła powiedzieć, że „ZROBIŁAM WSZYSTKO”?

Listopad zawsze taki był.

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii praca, studia

 

Matematyko moja

28 lut

Nadszedł dzień w którym musimy się pożegnać,
choć tylko teoretycznie. Właściwie nie żegnamy się ze sobą,
a ze wszystkimi, którzy lepiej lub gorzej próbowali nas ze sobą poznać.
Im również sporo zawdzięczam, choć czasem sposób w jaki o tobie mówili
sugerował, że chcą nas ze sobą poróżnić…
Jak wiesz, uparcie walczę ze stereotypami i sama
staram się przekonać, czy faktycznie jest tak, jak mówią inni.
Dzięki temu stałam się bogatsza o różne doświadczenia i wartościowe znajomości.

Znamy się od dziecka- to ty byłaś moim pierwszym krokiem w nauce,
dzięki której mogłam się w pewien sposób rozwinąć.
Choć w sumie nie jestem pewna, co mam myśleć o naszej znajomości-
czy zdążyłyśmy poznać się na tyle dobrze, aby teraz rozstać się w spokoju,
nie mając co do siebie żadnych wątpliwości? Pewnie nie,
pewnie mogłam zrobić dla nas więcej.
Ale niech wyznacznikiem tego, jak dobrze się znamy, nie będą oceny tych,
którzy próbowali nas ze sobą poznać, czy poróżnić (kto ich wie..).
Niech ich oceny będą wyznacznikiem tego, jak się sami starali i tego,
jakie jest ich osobiste wrażenie na temat naszej znajomości,
wyznacznikiem spełniania ich oczekiwań, a nawet
wyznacznikiem ich ‚humoru’… Wiesz, jak było.

Pewnie jeszcze nie raz będzie nam dane się spotkać.
Nie przejdę obok ciebie obojętnie- w końcu tak wiele ci zawdzięczam!
Nauczyłaś mnie liczyć-
liczyć na ciebie i liczyć na siebie.
Rachunek staje się dużo bardziej skomplikowany,
kiedy przychodzi mi liczyć na innych- czasem wydają się nieobliczalni, ale uczę się. Być może moje zrozumienie przyjdzie wraz z pogłębieniem wiedzy o nich.

Na koniec pozwolę sobie na odrobinę szczerości- nie byłaś łatwa
chwilami wychodził na jaw twój trudny charakter i dochodziło między nami do spięć,
ale ważne że umiałyśmy się ze sobą godzić i do siebie wracać.

Żegnaj, a może
Do zobaczenia! ;)

 
Komentarze (15)

Napisane w kategorii ja, studia, znajomi

 

Juwenalia

11 maj

Przedwczoraj pierwszy raz w życiu byłam na tzw. Juwenaliach.
Juwenalia to taka ..impreza studencka. Nie polecam jednak, za moim przykładem,
wybierać się na nią bez znieczulenia- bez niego „pijani studenci leżący w śmieciach na trawnikach między budynkami swojej zacnej uczelni” to po prostu ”pijani studenci leżący w śmieciach na trawnikach między budynkami swojej zacnej uczelni” i nie ma w tym nic cieszącego dla oka, ani ucha. Nie rozumiem
po co ci wszyscy ludzie się tam zebrali..
Poszłam z siostrą i umówiłam się jeszcze z koleżanką- moim celem był koncert. Moja koleżanka z
Kazachstanu, nie mówiąca dobrze w Żadnym języku, miała duży problem z trafieniem na właściwe miejsce.
Po godzinnych perypetiach wreszcie się spotkałyśmy. Niestety po drodze dołączyło do mnie jeszcze kilku, ledwo stojących ‚znajomych’ nie mogących trafić w bramę na koncert. Ale po wspólnym przeciśnięciu się w tłumie przez bramę wszyscy się zgubiliśmy. Została już przy mnie tylko moja koleżanka i kolega.
Ów Ukrainiec i owa Kazaszka były jedynymi trzeźwymi osobami jakie spotkałam tam tamtego wieczora.
Co tu dużo mówić, juwenalia to nie mój typ imprezy ;)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii obyczaje, studia, znajomi

 

Taki tam dzień

05 kwi

Nie wiedząc, co mnie obudziło, otwieram oczy; próbuję wyświetlić godzinę na telefonie, ale widzę że budzik zdrajca jak zwykle przed czasem padł. Ilość promieni słonecznych w pokoju podpowiada mi że jest już późno. Jeszcze nie otwieram oczu na dobre i próbuję przypomnieć sobie ‚po co mnie w ogóle dzisiaj wstawać?’

Dojazd na uczelnię to dla mnie godzina drogi, przy czym autobusy kursują średnio co godzinę i albo jestem na miejscu godzinę wcześniej, albo spóźniam się 10 minut. Wybrałam to drugie.. Swego czasu podeszłam do prowadzącego po zajęciach TI, na które się spóźniam, aby przeprosić za tę moją niepunktualność i wyjaśnić z czego ona wynika. Pan prowadzący odpowiedział na to: „Właściwie nie musi pani chodzić na zajęcia, wystarczy że pozytywnie zda pani egzamin.” Tak więc skorzystałam z jego propozycji dwa razy. Niestety już po drugiej nieobecności koleżanka z zajęć powiadomiła mnie, że Pan od TI powiedział na zajęciach, że za trzy nieobecności zostaje się wykreślonym z listy studentów i on po następnych zajęciach zgłosi takie osoby w dziekanacie. Idę zatem na poranne zajęcia z TI (w końcu omawiamy Worda, a skądinąd  ja miałabym wiedzieć jak posługiwać się Wordem?). W przerwie zgłaszam że „doszłam” i pytam, jak mam rozumieć tę ‚możliwość wykreślenia za trzecią nieobecność’. Pan tym razem odpowiada, że przecież na zajęcia trzeba chodzić zawsze! A powiedział tak, żeby zmotywować grupę do uczęszczania na zajęcia.

Po pouczających zajęciach z Worda udaję się na 3,5 godzinny wykład z matematyki. Dobrze, że opanowałam sobie ten materiał wcześniej, bo nie zrozumiałabym zadania z obliczaniem ‚prawdopodobieństwa kolejności powstania grobowców na podstawie występowania w nich określonych rodzajów ceramik’ z wykorzystaniem macierzy. Tak na prawdę najtrudniejszy w tym zadaniu był Ukrainiec, który usiadł koło mnie, żeby namawiać mnie do przeniesienia zajęć dzień przed wyjazdem jaki sobie zaplanował (czyt. ‚przenieś zajęcia całej grupie bo ja wtedy chcę pojechać do domu’; dla mnie oznacza to wędrówkę użerająco-poszukiwawczą między prowadzącymi, dziekanatem i działem logistyki załatwiającym (lub oponującym w załatwianiu) inne sale terminy). Tłumaczę mu że nie będziemy niczego przenosić, bo to tylko jeden dzień wolnego przed planowym tygodniem wolnego, a później znowu kilka dni zajęć i kolejne 2 tygodnie wolnego i niedługo potem wakacje! A on swoje- grozi, że jeśli nie zrobię tego ja, to wejdzie w moje kompetencje i kompromitując mnie sam się tym zajmie..

Prowadzący ów wykład jest znany z tego, że nigdy nikt nie dostał u niego z egzaminu więcej niż 3, a czasem nawet większość roku jest zmuszona wziąć tzw. awans. Wspomniany kolega już zobaczył się wśród oblanych, i z zapałem swoim polsko-ukraińskim zaczął opowiadać mi o jego 40 kolegach z Ukrainy, którzy nie zdali egzaminu, o tym, że należy napisać podanie, zebrać podpisy, podkablować tego pana do dziekanatu, że ‚my’ go nie chcemy, bo jego koledzy tak zrobili, dostali innego pana i wszystko potem zdali, a ten pan to w ogóle jakieś nieporozumienie i na pewno nikt u niego nie zda.. Wyjaśniłam zatem prostym językiem koledze, że nie znam tej sytuacji, nie wiem jak było naprawdę, ani dlaczego jego koledzy nie zdali- musiałabym najpierw porozmawiać np. z ich starostą. Spytał na to, kiedy wobec tego pójdę załatwić tę sprawę do dziekanatu? I nie wytrzymałam. Wstałam, drewniane krzesło zamknęło się za mną trzaskiem i opuściłam kolegę udając się na drugi koniec sali. Nie liczyłam na to że odwróci się 15 osób.. Nie wiem czy prowadzący wykład słyszał, o czym mówił do mnie kolega (nie zdziwiłabym się gdyby słyszał, bo sala nie była ogromna), ale wtem zaczął wyjaśniać zgromadzonym że powinniśmy uważniej słuchać tego o czym mówi, bo ostatniego egzaminu nie zdało u niego 40 osób, mimo że był to egzamin który od 5 lat widnieje na jego stronie domowej do pobrania. Tak wyjaśniła się dla mnie sytuacja z 40 kolegami mojego kolegi. Btw- zajrzałam na jego stronę i pobrałam egzamin- można go rozwiązać z palcem w ..bucie.

W połowie wykładu przychodzi do mnie koleżanka z Kazachstanu i po rosyjsku tłumaczy mi że nie wie co ma robić, gdyż nie zdała pewnego przedmiotu, ale nie ma pieniędzy żeby opłacić awans. Idę więc z nią do dziekanatu. Pytam pani w dziekanacie co moja koleżanka może w tej sytuacji zrobić? Pani odpowiada że wszyscy już wnieśli swoje opłaty, a moja koleżanka ma taką sytuację że jest już wszczęte wobec niej postępowanie, gdyż tej opłaty nie wniosła. Dlatego trzeba napisać podanie o przesunięcie terminu płatności. Pani z dziekanatu życzliwie wskazuje koleżance palcem, gdzie powinna się podpisać. Mówi też, aby napisała w rubryce, jaki jest powód tej sytuacji i mówi: „napisz tutaj po prostu „Nie mam pieniędzy.” Koleżanka napisała „nie mam..” i patrzy na mnie, gdyż nie potrafi napisać „pieniędzy.”.. biorę do ręki jej długopis i dokańczam to zdanie za nią. I dopiero pisząc to „pieniędzy” zaczęłam rozumieć, że staram się za bardzo. Bo to, że nie ma sprawiedliwości tam, gdzie jedni nie muszą umieć pisać żeby zdać sesję, a drudzy ledwo zdają ją mimo że potrafią prawie wszystko, wiedziałam już dawno. Choć z drugiej strony ci wszyscy obcokrajowcy i tak nie mają szans na znalezienie pracy w Polsce (tym bardziej, że wg nowych procedur to pracodawca, a nie obcokrajowiec, ma się dodatkowo starać o formalne pozwolenie na pracę takiej osoby w Polsce). To niech sobie płacą i będą. I dopóki płacą, niech sobie będą. Choć czasem w odpowiedzi na ich nierozgarnięcie i pytania a’la „co teraz?” ciśnie się na usta to jedno zdanie: WYKSZTAŁCENIE NIE PIWO, NIE MUSI BYĆ PEŁNE.

Po zajęciach próbowałam odpisać na smsa koleżance z którą miałam się spotkać, żeby się domówić. Ale nie miałam nic na koncie więc poszłam do sklepu po doładowanie, ale odchodząc od kasy zgubiłam doładowanie, więc wróciłam do sklepu jeszcze raz. Stałam w kolejce, ale pani przy kasie powiedziała mi, że w tej kasie nie wydaje się doładowań i trzeba stanąć na końcu drugiej kolejki. I kiedy już przyszła moja kolej, zobaczyłam że moje zgubione doładowanie mam… pod butami. Ale mam! I wtedy padła mi bateria. Dziś oprócz dobrej kawy nie wyszło mi nic..

Nic, tylko zawinąć się w koc,
usiąść w kącie i płakać.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii studia

 

Tolerancyjnym być..

28 sty

Nie było mnie tu półtora miesiąca, udam że nic się nie stało=)

Co jak co, ale jak dziś zobaczyłam pytania na egzaminie z ekonomii, to mnie …
Niby tutaj miało być prosto, a tu wprowadzili jakieś Krajowe Ramy Kwalifikacji i na wszystkich uczelniach
ma być tak samo. Ale  jak miałam odpowiedzieć w pół godziny na 20 pytań otwartych? Nie dziwię się że niektórym nie chciało się nawet zaczynać ;p

Niewiele, poza kilkoma osobistymi odkryciami, zmieniło się u mnie w ciągu minionego półtora miesiąca.
Odkryłam na przykład, że umiem być świetnie zorganizowana, ba, czasem nawet umiem się nie spóźnić!
Moja koleżanka stwierdziła niedawno że nie wyobraża sobie że ktoś inny niż ja mógłby być starostą^^.
Miło mi było to usłyszeć. To nic że tak poza tym bez przerwy obrabia mi tyłek.
A wiem że to robi, bo brak jej w tym, że tak powiem, profesjonalizmu..
Jak już kiedyś wspominałam, mój kierunek jest nietypowy,
ponieważ to Polacy, a nie Ukraińcy, stanowią na nim mniejszość.
Różne osoby ostrzegały mnie przed tymi południowo-wchodnimi sąsiadami.
Oczywiście wiele wiem o UPA, ich charakterze, temperamencie.
Na podstawie badań wiadomo też, że możliwe jest przekazywanie w genach cech przestępczych.
I wiem także, że nie mamy wpływu na to, po której stronie granicy się rodzimy…
Ciężko być tolerancyjnym wśród Polaków. Widzę że czasem traktowanie ich na równi z obcokrajowcami
zdaje się im uchybiać i powodować wyparcie z zaufanej grupy swoich. Na szczęście nie poszłam na studia
z zamiarem zawiązania bliskich kontaktów..

Ogólnie, poza tym dzisiejszym egzaminem, podoba mi się na moich studiach:)
Nie wiem jak tym swoim nastawieniem zarazić innych.
Właściwie mam dość ich narzekania na byle co.
Ale zniesiemy to..
Jakoś.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii studia

 

O tym jak zostałam…

15 gru

Jest 29 września. Siadam w sali zarezerwowanej na spotkanie organizacyjne przed rozpoczęciem studiów. Sala powoli się wypełnia i podnosi się gwar. Zaczyna niepokoić mnie fakt, że wszystkie słyszane rozmowy toczą się w jakimś obcym języku (poza „kur.” i „ch..”, bo „niektóre” wyrazy w języku polskim i ukraińskim są wspólne) i mimo wytężania słuchu, nie słyszę aby ktoś mówił po polsku. Uczelnia którą wybrałam znana jest z tego, że uczy się na niej sporo obcokrajowców, jednak w moim dotychczasowym wyobrażeniu stanowili pewną ..mniejszość.  Wciąż nie znałam swojego planu zajęć, więc pomyślałam że spytam o niego siedzącą po prawej koleżankę. Zamiast normalnej odpowiedzi zostałam obdarowana jakimś dziwnym spojrzeniem, więc spytałam:
-Mówisz po polsku?
-A ty mowisz po Ukrajynsku?!
No i się nie dowiedziałam. Chciałam spytać koleżankę z lewej, ale też się nie dogadałyśmy, bo nie miała zamiaru mówić po polsku. Chyba źle sobie usiadłam, fail. Jeszcze nie raz później spotkałam się tam z taką właśnie reakcją, to coś w stylu ‚albo mówisz do mnie po ukraińsku, albo za sekundę odwrócę się do ciebie plecami i masz sobie iść’. Polska uczelnia, polski kierunek, prowadzony w języku polskim- co robią na nim ci wszyscy ludzie nie rozumiejący podstawowych zwrotów w tutejszym języku? A może… co robię tam ja? Właściwie w tej sytuacji można poczuć się obcokrajowcem w swoim własnym kraju. Po zdawało się długiej chwili oczekiwań do sali weszły dwie kobiety- pani dziekan i opiekun roku. Pierwsza obwieściła:
-„Waszym opiekunem roku będzie pani mgr Kateryna…”.
Opiekun roku też jest z Ukrainy? Może to faktycznie ja się pomyliłam z tą salą i w ogóle, no ja w sumie mam taką tendencję do mylenia sal, gubienia się, znajdowania się w niewłaściwym czasie i na niewłaściwym miejscu, tak- pewnie coś zawaliłam, ale gdzie ja powinnam teraz być, przecież sprawdziłam dwa razy, byłam przekonana że to tu, kogo mam teraz spytać, nikt nawet nie zrozumiałby o co mi chodzi…
-A więc wybrali państwo kierunek prowadzony w języku polskim. Mimo wszystko jest tutaj sporo osób z Ukrainy- ile pani Kateryno?
-Okołu dziewiendziesion proocent. -odpowiedziała polskim-ukraińskim pani opiekun.
-To sporo. Będą się państwo musieli przyłożyć do nauki języka polskiego (…)”.
Jednak się nie pomyliłam. Co teraz? Muszę znaleźć Polaków. Jakichkolwiek Polaków… Ale skąd mam wiedzieć którzy to, jeśli się nie odzywają?
Na spotkanie przyszło przedstawić się jeszcze kilka istotnych dla nas osób, puszczono jakieś listy, dano jakieś papiery do podpisania i prowadząca spotkanie spytała, kto chce być starostą roku. Wtem w odpowiedzi na  to pytanie wyrwał się z ręką w górze pewien młody Ukrainiec. Założę się, że nie wiedział o co chodzi, bo od dwóch miesięcy jest moim zastępcą i dalej nie wie.
Ja się nie zgłaszałam. Oprócz niego zgłosiła się też siedząca obok mnie z lewej koleżanka, która jeszcze przed chwilą nie rozumiała o co mi chodzi kiedy spytałam o plan zajęć. Pani prowadząca, z jakichś (dziś już w domyśle rozumianych przeze mnie) powodów, zaproponowała, że w takim razie jeszcze wrócimy do tego tematu na kolejnych spotkaniach. Nikt nie został wybrany. Wtedy z tyłu dotarła do mnie prowadzona półgłosem rozmowa:
-Ja bym się zgłosił, ale nie mam zamiaru użerać się z tymi.. (…).
Ha, są jacyś Polacy- ale chyba jednak nie mam zamiaru się z nimi zadawać.
Tak więc zrozumiałam, że jestem sama, nie mam z kim rozmawiać, ani kogo spytać co będzie dalej.
Mój stres związany ze zmianą środowiska nie wynika z tego, że boję się jak wypadnę. Dla mnie największym problemem jest zapamiętanie z kim rozmawiałam. Mam problem z zapamiętywaniem twarzy nowych osób, łatwiej mi zapamiętać jak ktoś był ubrany, jaki miał głos, albo inne cechy. Taka tam prostopagnozja.
Rozumiejąc że od tej pory muszę radzić sobie sama, wyciągnęłam notes i zaczęłam na tych i na każdych kolejnych zajęciach notować wszystko co jakkolwiek mogłoby okazać się potrzebne. Jak się okazało, nie uszło to uwagi niektórych osób.
Minął tydzień i miało miejsce kolejne spotkanie z opiekunem i innymi ważnymi osobami. Ponownie padło pytanie, kto będzie u państwa starostą? Ponownie zgłasza się nadaktywny młodzieniec i ponownie nikt nie zostaje wybrany.
Po dwóch tygodniach, w drugiej połowie października, tuż przed kolejnym tego typu spotkaniem podchodzi do mnie koleżanka i mówi, że nikt nie chce być starostą, ale widzą że jestem chyba najbardziej ogarnięta z nich wszystkich i czy chciałabym być?
Usłyszałam że jestem ogarnięta i zrozumiałam, jak słabo się znamy…
-Ojej, nie wiem, musiałabym się dowiedzieć o co w tym chodzi, to spytam jak przyjdzie pani dziekan
i się zgłoszę jakby co.
-Ok. To fajnie.
Do sali weszły obie panie. Ponownie padło pytanie, kto będzie starostą i po wstępnej ciszy oraz zgłoszeniu się znanego już młodzieńca, spytałam, jakie właściwie są zadania starosty?
-Starosta jest po to, żeby np. prowadzący zajęcia mogli kontaktować się z nim kiedy będą mieli do przekazania jakieś materiały dla pozostałych, albo w jakichś rzadkich awaryjnych sytuacjach, czasem też- raz-dwa razy do roku będzie musiał podejść do dziekanatu, a i co miesiąc napisać krótkie sprawozdanie z sytuacji na roku.
-Aha. To ja mogę być starostą.
-O! To świetnie, to proszę formularz, trzeba go wypełnić i podać swoje podstawowe dane…
A kto będzie u Państwa zastępcą?
Nie trudno było domyśleć się, kto się zgłosi.
Pani dziekan wychodząc czegoś tam mi gratulowała, a kolega zastępca na oczach innych podszedł do mnie (do przodu), usiadł obok i próbował rozmawiać. Chyba chodziło mu tylko o to, że usiadł obok mnie na oczach innych, bo w sumie nie mówił, że tak powiem, w moim języku.

Czułam,
że będzie trudno,
mimo że przecież
nie miało być

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii studia

 

Studia- podejście drugie.

14 lip


Wchodzę, a tu o.
To nic, że pewnie na to nie pójdę.
Tak tylko łechce mnie świadomość, że wyprzedziłam osiemset osób.
A może pójdę?

W Internecie naczytałam się wielu niepochlebnych opinii na temat osób, które wybrały psychologię.
Ja złożyłam na psychologię kliniczną z psychoneurologią.
Myślę, że by mi się podobało.. Na studiowanie w SWPS mnie nie stać. Żałuję, bo tam też jest ten kierunek, tylko „lepszej jakości”, więc pewnie praca po nim byłaby pewniejsza.. Natomiast nie mam pojęcia, co czeka mnie na UMCS w Lublinie. Musiałabym pracować i studiować jednocześnie, czyli pewnie znowu niczego nie robiłabym dobrze. A jeśli zacznę i okaże się, że kierunek w owym miejscu jest badziewny? Wtedy kolejny rok w plecy.. Niezwykle dołuje mnie fakt, że chyba nigdy nie będę robić tego, co lubię. Nie widzę swojej przyszłości w pozytywnych barwach i w cale nie mam ochoty tego wszystkiego przeżywać.

Kilka lat temu nie wyobrażałam sobie, że mogłabym wyjechać gdzieś daleko i studiować w jakimś innym mieście. Jakże to tak, bez nikogo. Tylko zdałam sobie sprawę, że to przecież nie ma znaczenia,
czy jest się samemu na tym, czy na drugim końcu świata.

Złożyłam jeszcze na logistykę w swoim mieście, tylko na innej uczelni,
bo na tę, na której miałam okazję studiować wcześniej, już z oczywistych dla mnie powodów nie wrócę.

To lepiej być psychologiem z zamiłowania na bezrobociu, podczas gdy obecne stanowiska objęte są już przez znudzone chybionym zawodem osoby, czy logistykiem pracującym w swoim zawodzie bez zamiłowania?
Mam czasem wrażenie, że już  zmarnowałam swoje życie.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja, studia