RSS
 

Notki z tagiem ‘deszcz’

Prognoza pogody na resztę życia

04 lis

Pogodynka pragnie poinformować, że idą piękne dni

Wystąpią niewielkie opady deszczu – nie potrwa to jednak dłużej niż zwykle.

Później powieje lekki wiatr, ale on tylko na chwilę - przychodzi tylko wywiać z głów niepotrzebne zmartwienia – zaleca się wtedy wietrzenie wnętrz, w szczególności otwarcie na wylot wszystkich zatęchłych pomieszczeń (z ‚komórkami pod schodami’ włącznie. Niektórzy wpychają tam graty i różne inne życiowe śmieci. Strącając je z oczu, a nie pozbywając się ich myślą, że przykry zapach może tym razem nie znajdzie do nich drogi, może ogłupiały i posłuszny nie będzie się ważył dać o sobie znać… Nic bardziej mylnego. Możecie się do niego przywyczaić, ale każdy szlachetny gość, który przekroczy próg waszego wnętrza (a czasem wystarczy że tylko uchylicie mu drzwi), poczuje, że coś jest nie tak. Nie chcę nikogo straszyć, ale znam takie przypadki, że ‚śmieci wychodziły z komórek i innych szafek’ w najmniej pożądanych momentach. Dlatego porządek we wnętrzach najlepiej utrzymywać na bierząco)

Później będzie pięknie, słonecznie, a kiedy już nam się znudzi, koniec dnia ozdobią wielobarwne, budzące zachwyty obłoki

I kiedy wpatrzeni w ogromną, czerwoną tarczę zachodzącego słońca (jak w agonię upadłego świata, zwieńczenie pięknego dnia, czy zapowiedź pięknej nocy) zapomnimy o wszystkim co odrywa nas od piękna codzienności, przykryje nas niebo pięknych gwiazd, ale wtedy już pewnie…
zmarzniemy w tyłek i wrócimy do domu ;)

Niewiele rzeczy na tym świecie jest tak niezawodnych, jak te piękne dni, które zwyczajnie w końcu przychodzą zawsze.
Nikt, kto na nie czeka, nie jest naiwny. 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja

 

Listopad

12 lis

Właśnie że dobry był dziś dzień.
Co prawda… smarkało w twarz ni to mrzwką, ni to deszczem, źródłem światła zdawały się być jedynie ostatnie na jeszcze nieołysiałych drzewach jasno-żółte liście, a chłodny wiatr wpadał nosem, owiewał mózg i zgodnie z odczuwaną zasadą cyrkulacji powietrza
wylatywał uszami…

Ale przecież każdy dzień jest na coś DOBRY :)
To, że dzień nie jest dobry na paradowanie bez czapki, to jeszcze nie znaczy, że jest zły. Trochę więcej elastycznej kreatywności i każdy czas można wykorzystać lepiej!

A mówię to ja – człowiek, który ogarnia wszystko (oprócz siebie oczywiście. W stanie krytycznym zdarza się nałożenie kremu nagietkowego zamiast pasty na szczoteczkę do zębów, a także wybiegnięcie z domu w dwóch różnych butach i popłakanie się ze śmiechu z siebie…) i wciąż ma poczucie marnowanego czasu. Choć to poczucie chyba zwyczajnie miesza mi się z poczuciem tego, czego nie zdążyłam zrobić i tego, co jeszcze mam na głowie.

A trochę mam… Kiedy wreszcie przyjdzie ten dzień, w którym postawię ostatnią kropkę
na końcu wszystkiego i wreszcie będę mogła powiedzieć, że „ZROBIŁAM WSZYSTKO”?

Listopad zawsze taki był.

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii praca, studia

 

Placek

29 maj

Dzień dobry, wróciłam:) fajnie nie?

Wróciłam, bo na studiach zaczyna mi się sesja i powinnam się teraz uczyć,
w pracy mam kilka spraw do załatwienia i powinnam mieć je już z głowy,
doganiają mnie ostateczne terminy i powinnam robić teraz coś innego,
dlatego, jak dziś, muszę czasem odłożyć wszystko pod biurko
i chociaż chwilę poudawać, że czas mnie nie goni i nie płynie.

Mój dzisiejszy wpis będzie o staraniu się trochę za bardzo, komitragicznym poświęceniu
oraz rozpaczliwej próbie udowodnienia światu i sobie, że… umiem zrobić tego placka.
Komitragizm jest wtedy, kiedy „tragedia przeżywać, śmiech opisywać”.

Streszczając- placek miał być gotowy na środę rano.
Już dwa dni wcześniej  lustrowałam sklepy i chodziłam po najwykwintniejszych Biedronkach
w celu nagromadzenia najbardziej odpowiednich (okiem eksperta) składników.
Aż przyszedł wtorek wieczór.
Chłodny wieczór, godzina 22, wszyscy domownicy już położyli się spać. Co robię ja?
Tłukę pod gołym niebem za domem pierwsze orzechy włoskie do placka…
Trzeba mi ich było prawie pól kg, a już kilka minut później zaczął padać deszcz.
Oprócz nich potrzebowałam jeszcze trzech warstw ciasta.
Pomyślałam, że szkoda czasu i kiedy ta będzie się piekła, będę wracać do rąbania orzechów.
Dwa razy mi wyszło, do ostatniej ‚wróciłam za późno’ i się spaliła.
W lekkiej panice i ledwowystarczalności składników udało się to nadrobić.
Kiedy zakończyłam powyższe procesy, było coś po 1:30.
Czyżby już finisz? Nie,
trzeba było zmielić orzechy, a mi wcześniej do głowy nie przyszło, że
Pani Maszyna do mielenia orzechów zachowuje się głośniej niż kombajn. I tutaj
placek pogrzebany, bo nawet gdybym ją wyniosła do garażu, mogłabym obudzić tym pół wsi.
Pomyślałam, że do 9 rano mam jeszcze trochę czasu, wstanę więc o 5 i dokończę.

Budzik zadzwonił mi o 5:30, wstałam godzinę później;] Usłyszawszy, że domownicy już wstają
zmieliłam, co miałam zmielić, zrobiłam masę i już naprawdę wystarczyło wszystko tylko połączyć.
Wzięłam więc do rąk, całkiem delikatnie, pierwszą warstwę i… w palcach zostały mi tylko dwa małe
odłamane kawałki z prostokątnej warstwy, która moment później rozsypała się na dziesiątki małych,
nieforemnych kształtów, których nie było nawet jak do siebie dopasować…
Było za późno, żeby piec je od nowa. Ale wtedy jeszcze się nie załamałam. Po prostu pomyślałam,
że ten pójdzie na dół, albo do środka, jakoś się poklei tą marmoladą, przywali resztą i nie będzie widać,
w końcu mam jeszcze dwie całe warstwy i nie ma się czym przejmować! Odkładam więc warstwę na stosik
i nauczona doświadczeniem, jeszcze delikatniej, ujmuję drugą warstwę. Tym razem w palcach zostały mi
trochę większe kawałki… Tylko trochę większe. Tutaj byłam już lekko podłamana.
Ale przynajmniej dało się z tego poskładać jakąś, miejscami płaską, powierzchnię. Chyba nigdy wcześniej
nie zdobyłam się na większą delikatność, niż wtedy, kiedy podnosiłam ten ostatni równy placek.
Ale trzecia również się rozpadła, a wraz nią… ja.
Mój czas się już kończył, miałam za sobą niewyspaną noc, a przed sobą trzy stosiki, które miały być
podstawami wspaniałej plackowej konstrukcji. A tu co? Gruz.
Układam je więc kolejno na spodzie blachy i udaję, że nic się nie stało, zalepi się tą marmoladą,
przykryje tą orzechową masą i tak dalej i tak dalej. Na koniec zalałam to nieszczęście polewą i przysypałam
czymś kolorowym. Stanęłam i nie mogłam uwierzyć, że nic nie widać. Udał się i wyglądał, bezczelny,
jak gdyby nigdy nic się nie stało. Kolorowy, jak gdyby nigdy nikt się przy nim nie załamał
i w ogóle spontanik, luzik…
Przynajmniej był dobry. Wiem to od osób, które tak mówiły przez następne pół roku;p

Zawsze doceniajmy czyjś kulinarny trud. Nigdy nie wiemy, czym go przypłacił,
żeby sprawić nam przyjemność, lub żeby po prostu
dotrzymać słowa.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja

 

Parasol

07 lis

Zauważyliście, że od dwóch tygodni nie pada deszcz?
Środek jesieni, a taki słoneczny :) wspaniale, o takiej jesieni marzyłam.
Pomyśleć, że jeszcze kilka tygodni temu deszcz zdawał się już nigdy nie przestać padać,
a Słońce już nigdy nie wyjść. Na właśnie taki obrót spraw postanowiłam się wtedy przygotować.
Wszystkie moje parasolki połamały się już tak doszczętnie, że nawet gdybym nie przejmowała się,
jak z nimi wyglądam, to i tak trzymanie nad sobą sponiewieranego płótna na połamanym drucie
na niewiele by się zdało… Wtedy zaświtała mi w głowie Myśl. Ta myśl z tych myśli, co to jak się pomyśli,
to już nie ma odwrotu: pragnieniowa potrzeba posiadania dużego, silnego, wspaniałego,
tęczowego parasola. Nie liczyłam, w ilu sklepach go szukałam,
ale na poszukiwaniach obeszłam niejedną galerię. Na nic. Chyba we wszystkich galeriach
jest to samo i nie ma tego samego. W końcu przypomniałam sobie, że rok temu widziałam taką
cudowność w jednym sklepiku z galanterią skórzaną, niezbyt pewnie postanowiłam do niego zajść.
Był! Nie inny, dokładnie Taki. Spytałam panią, czy mogłaby mi go pokazać;
zdejmuje więc parasol z wystawy i z eksperckim przekonaniem zaczyna opisywać wszystkie jego walory:
-Jest solidny, ma drewnianą laskę i aż 21 drutów, to jeden z naszych najbardziej wytrzymałych modeli.
I kiedy mówiła to „wytrzymałych modeli” z impetem go rozłożyła,
rączka została jej w dłoni, a parasol z laską odleciał w stronę, w którą się rozkładał. Wspaniały widok;)
-To się pochwaliłam..
Chyba było jej głupio, ale zapewniła, że ten odeślą i wymienią. Dopytałam więc, kiedy mogę wrócić
i po kolejnym tygodniu deszczu wróciłam. Pani już mnie pamiętała, przyniosła parasol z zaplecza
przyznając się, że testowała go z koleżanką na wszystkie strony, więc już na pewno będzie ok.
Nareszcie! Już nie straszny mi był deszcz, ulewa, niepogoda…

Kupiłam go w czwartek, dwa tygodnie temu.
Od dwóch tygodni nie pada deszcz:)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii blog

 

Hej, pogodo!

13 sie

Trzecia po południu, środek miasta, tradycyjny postój w korku.
Za szybą widać spacerujących chodnikiem ludzi.
Mój autobus powoli rusza- w tym samym kierunku rusza też wiatr
z każdą sekundą gwałtownie przybierając na sile. Zaskoczeni na chodniku ludzie
gubiąc się w swoich włosach i lecących z wiatrem liściach szukają parasoli.
Zaczyna niepokoić mnie fakt, że wszystko za oknem zaczyna lecieć poziomo…
Mój autobus wjeżdża na most, z którego bardzo dobrze widać
zbliżającą się przez rzekę falę czegoś białego. Oj…
Ludzie idący chodnikiem już nie wiedzą czy trzymać się barierki, czy uciekać.
Może gdyby nie wiatr, rozłożone parasole chroniłyby ich przed bombardującym wszystko gradem.
Autobus na chwilę ginie w niesamowicie gęstej fali deszczu i gradu, pasażerowie dociskając zamykane okna
wydają z siebie dźwięki zdumienia pomieszanego z zachwytem i przerażeniem w jednym.
Burza cichnie i ulicami leją się już tylko potoki wody. Przechodnie, którzy zdążyli rozłożyć parasole
składają już tylko druty, z którymi nie wiadomo co teraz zrobić. Małe, jedno-dwumetrowe gałęzie
tarasują przejścia na chodnikach, niby liście, niczym płatki- po prostu spadły.
Tylko miejsca oderwania od drzewa wskazują, że nie było tak łatwo.
Ile mógł trwać ten zgiełk?
Jedną zmianę świateł.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii emocje, ludzie