RSS
 

Notki z tagiem ‘psychika’

Małe spotkanie

16 gru

Przedwczoraj minęło 2 miesiące. Miałam wystarczająco dużo czasu, żeby to sobie poukładać, żeby się do tego ustosunkować, a może nawet zdystansować. 2 miesiące minęło od pewnego ‚małego spotkania’, po którym z mojego życiorysu wypadł mi jakiś tydzień, po którym dochodziłam do siebie jakiś miesiąc. Muszę to gdzieś opisać, gdzieś wyolbrzymić lub gdzieś z tego zakpić – taki mam sposób na ‚umarcie’ dla czegoś, co nie daje mi spokoju. To nie wystarczy, ale nie zaszkodzi :)

W moim życiu w ostatnich latach dużo się pozmieniało. Ile dokładnie, to wiedziałby ktoś, kto cały czas by wtedy ze mną był a do tego miał dobrą pamięć. W skrócie mówiąc, byłam kiedyś fest wycofana. Pani M., z którą od roku współpracuję, tego nie wie. Nie wie jaka jestem, wie tylko jaka umiem być, jeśli trzeba kogoś zagrać. Ale nie wie np., że kiedyś to szlak mnie trafiał jak ktoś się na mnie niepotrzebnie patrzył i marzyłam żeby być niewidzialna; albo że czasem przejście chodnikiem w miejscu które wydawało mi się publiczne, było dla mnie krępujące, bo ludzie patrzą – tak, na pewno wszyscy na mnie patrzą, dlaczego nie można po prostu zapaść się pod ziemię. Ale ani moi współpracownicy, ani znajomi ze studiów nie znają mnie od tej strony. Może dlatego że nie do końca na tym studiach byłam sobą, a dokładniej – sporo zrobiłam wbrew sobie, czując że tak naprawdę się do tego nie nadaję. Moje życie studenckie zaczęło się bardzo aktywnie, bo zostałam starostą (ukraińsko-polsko-kazachskiej grupy 80 studentów, 3,5 roku niezapomnianych wrażeń) – w sumie to inni mnie o to sami poprosili; powiedziano mi, że prawie nic nie będę robić, więc się zgodziłam (kłamali:) Dziś nie żałuję, bo było to trochę rozwijające. Wyraźnie zobaczyłam, jak wielka jest różnica między tym, co widzą osoby, które mnie nie znają i sugerują się zaledwie kilkoma faktami, a tym wszystkim, co widzę i co wiem o sobie ja. Na trzecim roku dostałam się na staż na swojej uczelni i gdyby było mi mało kontaktów międzyludzkich i publicznych, z obowiązku zostałam liderem koła. Na czwartym wkręcono mnie jeszcze (twierdząc że będę się świetnie nadawać) w rolę, hm, aż dziwnie mi to nazwać po imieniu… więc nazwę to tak.. w rolę takiego studenckiego head’a liderów kół. I wtedy tedy zaczęła się moja współpraca z panią M. – pracownikiem uczelni. Niedługo poźniej z przykrością zrozumiałam, dlaczego ktoś właśnie taki jak ja ‚świetnie się tutaj nadaje’. Nie czuję tego jakoś specjalnie, ale mówili mi że head kół to podobno prestiżowy state – na tyle prestiżowy, żeby dwa miesiące temu wziąć udział w pewnym spotkaniu…

Zauważyłam że w miejscu, gdzie pracuję, wszystkie ważne formalne sprawy załatwia się w taki sposób, żeby mieć na to podkładkę, czyli nie na słowo, tylko raczej ‚na maila’. Nie oskarżajmy nikogo o brak zaufania – to praktyczne, zdrowe podejście, dające swego rodzaju poczucie bezpieczeństwa. Tak powinno być.
Ale pani M. nie napisała do mnie maila, tylko zadzwoniła. Zadzwoniła we wtorek po południu i powiedziała:
‚-Pani Iwono, w związku z tym że pełniła pani taką funkcję przez ostatni rok, chciałam panią spytać czy nie mogłaby pani przyjść w piątek na takie spotkanie organizacyjne i opowiedzieć coś o kołach naukowych, o stypendiach, zachęcić studentów do działalności, ja pani prześlę materiały o tym co powiedzieć, ale absolutnie nie musi pani czytać z kartki. To będzie krótkie spotkanie i taka, ja wiem, nieduża grupa studentów pierwszego roku. Miałam to zrobić ja w zastępstwie za panią prorektor, ale nie będzie mnie wtedy w pracy. Mogłaby pani przyjść?
-Jasne, kiedy dokładnie?
-W piątek o 16:00.
-Dobrze, to czekam na maila materiałami od pani.’
Pani M. przysłała mi ‚maila’ z plikiem w wordzie w którym były tylko jakieś ogólne informacje o stypendiach, grantach i cała lista kół, czyli wszystko co wiedziałam.  W treści maila napisała jeszcze, że to tylko propozycja tekstu i absolutnie nie muszę jej czytać z kartki. Nie potrzebowałam więcej, bo myślałam że to małe spotkanie ze studentami pierwszego roku i my sobie w tym gronie tak po prostu poopowiadamy, jak to wygląda działanie w kołach u nas, jak się ustawić ze stypendiami, ja i studenci, krótkie spotkanie, mała grupa…

Mieszkam blisko uczelni, więc się nie spieszyłam. Wybiegłam ubrana jak do pracy – spodnie, sweterek, niby wszystko pasuje, a po co lepiej? Dotarłam na 15:55. Zbliżam się do sali, do której miałam przyjść na spotkanie, ale pewna pani przed progiem mnie zatrzymuje i mówi, że ja to mogę zostawić swój płaszcz w sali obok… Nie rozumiem, w pierwszej chwili chciałam jej powiedzieć że przecież na krześle sobie położę, ale posłusznie udałam się do drugiej sali. Troszkę zdębiałam, bo przebierały się tam już w takie uroczyste szaty władze uczelni i mimo że próbowałam niezauważona przemknąć bokiem, żeby w tym jakże niefortunnym miejscu tylko rzucić płaszczyk na krzesło, niektórzy oblecieli mnie wzrokiem,  jak bym o czymś zapomniała, ale trochę zmieszana wyszłam i udałam się w stronę sali na spotkanie. Idąc do sali zaczęłam się coraz bardziej niepokoić, po co to wszystko, a zbliżając się do sali coraz lepiej słyszałam ile jest w niej ludzi… Wiecie, coś takiego, jak kiedy zbliżacie się do sali w której siedzi dużo ludzi i część rozmawia, taki pogłos. Stanełam w progu sali, w której miałam mieć swoje spotkanie z małą grupą studentów i zobaczyłam że w auli wypełnionej po brzegi jest już około 300 osób. Byłam w szoku, bo zaczęłam rozumieć co to za spotkanie i że nie jestem na nie w żaden sposób przygotowana. Może mogłam uciec? Pobiec i komuś się poskarżyć? Nie mogłam, byłam w szoku, nie wiedziałam co mam robić. Wiedziałam tylko, że jeśli to zepsuję, to stracę wszystko na co tutaj przez ostatnie 4 lata pracowałam – dobrą opinię, pracę, skompromituję się w najgorszy możliwy sposób w oczach ludzi których znam i których nie znam, tych na których zdaniu na mój temat mi zależy, wystawię się na niekorzystny widok publiczny. I pomyślałam jeszcze, że przecież nikt mi nie uwierzy, bo nie mam żadnych, ale to żadnych dowodów, żadnego maila oprócz tego z ogólnym plikiem w wordzie i komentarzem, że ‚to tylko propozycja, której w ogóle nie muszę czytać’… Chciałam zapytać pani przy progu, kiedy dokładnie będę mówić, ale nie była chętna do rozmowy, dwa razy odpowiedziała tylko że ona mnie zapowie jak będzie moja kolej. Usiadłam w pierwszym rzędzie i przeczytałam na scenie napis IMMATRYKULACJA. Kolejne grupy studentów ze swoimi krzesłami wchodziły, niekórzy siadali na schodach bo przekraczało to możliwości auli, a ja siedziałam otępiała i byłam jak ta koza – z tych kóz, co to w obliczu zagrożenia drętwieją i nie są w stanie uciec. Przypomnę, że jeszcze nie tak dawno samo chodzenie miejscami zbyt publicznymi było mi, mało powiedzieć, nieobojętne.

Na szybko zaczęłam układać sobie w głowie kilka uroczystych zdań. Uroczystość się zaczęła, przemówił dziekan i powiedział wszystkie zdania które właśnie sobie wymyśliłam… Po nim przemówił rektor, mówił coś podobnego, acz barwniej, ciekawiej. Nasze oczy spotkały się w momentach, kiedy akurat powiedział „nie takie studia straszne jak je malują” i kiedy mówił o studiach niestacjonarnych, że wybierając tę formę ‚na studia poświęcamy czas, który wiele osób poświęca rodzinie’… W tym roku właśnie zaczęłam studia niestacjonarne. Przestałam myśleć o tym, co powiem. Kiedy skończył, przedstawiła mnie ‚pani z progu’, wstałam i kiedy szłam w stronę sceny usłyszałam, że oprócz mojego imienia, nazwiska i funkcji podaje tytuł mojego wystąpienia. Wtedy – krok przed sceną – usłyszałam go po raz pierwszy, ale stwierdziłam że nie będę o tym mówić, bo po pierwsze jest żałośnie skomplikowany, a po drugie jest to dość chory temat jak na immatrykulację, bo żeby wypowiedzieć się dokładnie w tym temacie, musiałabym odczytać regulamin funkcjonowania kół naukowych. Wyszłam na podium i innymi słowami powiedziałam parę zdań które ułożyłam sobie w głowie wcześniej. Zapomniałam tylko na początku tych zdań zwrócić się do władz – kapnęłam się że tego nie zrobiłam, kiedy pan siedzący w pierwszym rzędzie wymownie spuścił wzrok gdy zaczęłam mówić, a kapnęłam się dokładniej, kiedy po mnie na scenę wyszła przewodnicząca samorządu – taka odpicowana megalaska z megakartką z której wszystko mega przeczytała, jak na immatrykulację przystało. Ale nikt mi tego nie wypomniał, ani w żaden inny sposób nie powiedział mi, czy zrobiłam coś dobrze, czy źle. Szkoda, może wtedy mogłabym się wytłumaczyć.

Trudno mi opisać jak czułam się po powrocie do domu. Jak wspomniałam, emocjonalnie to był tydzień wyjęty z życia. Najwidoczniej jednak nie rzucało się to w oczy jakoś specjalnie. No może Agatce, biedna się przestraszyła. Ja też się przestraszyłam, że mi się coś stanie.

Czy pani M. już kogoś zrujnowała? Czy zrobiła mi to specjalnie?

Gdzie jest granica między nieufnością a naiwnością?

Nie wiem czy ktoś to przeczytał, w każdym razie musialam to napisać i jest mi z tym lepiej:) Obiecuję że następnym razem wyskrobię coś pozytywnego. Choć nie mam już dużo czasu, bo zdaje się że… z dniem 31.01 ZAMYKAJĄ NAM CAŁĄ PLATFORMĘ BLOGA :o Ale jak to? Toż to przecież zagłada jakiegośtam świata… :>

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii emocje, ja, ludzie, studia

 

Ahoj piraci!

25 lis

Coś, czemu poświęciłam sporą część swojej młodości, najwyraźniej się kończy.
Nie wiem co myśleć o trzech ostatnich latach spędzonych w swojej pracy, jeszcze nie wiem,
czy z czasem rozwinie się we mnie obecny żal, czy jednak wdzięczność za zdobyte doświadczenie.
Jakiś czas temu, kiedy warunki w pracy zaczęły się znacząco pogarszać, ktoś z pracowników
porównał tę firmę do tonącego statku. Nie wiem, czy osoba która to wymyśliła powiedziała to
przemyślanie, ale to porównanie zdaje się tutaj bardzo dobrze pasować.
To dość specyficzny statek, bo za mojego rejsu kapitan zmienił się już trzy razy, a za kolizje
z górami lodowymi obwinia się raczej wioślarzy. O tak, jeśli statek idzie na dno, to na pewno dlatego,
że za słabo wiosłują! Przecież powinni wiosłować tak szybko, że uniósłby się w powietrze i odleciał.
Jeden majtek (lider) szczególnie piłuje mi psyche- swoim stosunkiem do mnie, zachowaniem, czy
sposobem wyrażania się. Po tym jak ostatnio zmienił się kierownik przydzielono mnie do innej grupy.
Nie wiem na jakiej podstawie pani kierownik stwierdziła, że tak będzie najlepiej, ani, co wobec tego miała na myśli. Osobę, która jest odpowiedzialna za moją grupę i zwie się liderką, ostatnio chyba coś bardzo ugryzło, bo zwykłe komunikaty i odpowiedzi na proste pytania potrafi udzielić w tak odpychający i grubiański sposób, że, jak mówią inni moi współpracownicy: „do niej nie ma po co iść”.
Jednocześnie otwarcie oczekuje ode mnie przyjaznego nastawienia oraz zaufania i twierdzi, że nie rozumie co jest powodem tego, że takie nie jest. Tylko z czego mam się cieszyć?
Z tego, że od trzech tygodni straszy mnie że mnie zwolni, jeśli się nie poprawię, zaznaczając, że powinnam docenić to iż tego jeszcze nie zrobiła? Okej, dziękuję, ale problem w tym, że dałam już z siebie wszystko co powinnam, a nawet, czego nie musiałam. Wykonałam już też wszystkie jej polecenia i przyjęłam absurdalne uwagi, choć niczego dobrego one nie wniosły.
Sporo osób ostatnimi czasy zwolniono, inni zwalniają się sami.
Żeby nie było zbyt smutno, w firmie na ściany naklejono nowe tapety z uśmiechniętymi ludźmi i pięknymi widokami, a na każdej ścianie w różnych miejscach widnieje napis: „Podziel się radością„. To trochę jak z malowaniem komina na pokładzie tonącego statku.
Chociaż tapety są spoko;)
Myślicie, że jak powiem pani kierownik: „Ahoj panie kapitanie, Iwonka już wyskakuje za burtę”,
to zrozumie że się zwalniam? Powinna. Albo może inaczej: „Ja chciałabym podzielić się radością:
Odchodzę.” Albo…
Tyle pomysłów, że chyba dziś nie zasnę.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii praca

 

Gdzieś była granica …

13 lip

Powiem Wam o czym mówią mi ludzie, kiedy w pracy z nimi rozmawiam,
a Wy spróbujcie domyśleć się, w jakim zawodzie pracuję:

-Ja już niedługo umrę, pani, to już końcówka..
-3 lata? Ja za rok mogę nie żyć.
-Wie pani, jestem chora tak, że już nie wyzdrowieję.
Nie chciałabym w razie czego obarczać rodziny.
-Nie mam z kim rozmawiać. Jestem już stara, nie mam rodziny, wszyscy umarli.
-Nie mam pieniędzy, mąż mi umarł i teraz sama wychowuję dzieci.
-Mam 800 zł renty i muszę z tego utrzymać rodzinę…
-Nie mam pracy.
-Zostałam oszukana, mam teraz takie długi, że już na nic mnie nie stać.
-Żona mnie dziś zostawiła, wyprowadziła się ode mnie z dziećmi- rozumie pani?
Zostawiła mnie! Teraz jestem sam! Ale wezmę, wezmę chociaż dla dzieci i będę płacił.

Wiecie już kim jestem?

Jestem telemarketerką w pewnej sieci komórkowej. Zajmuję się proponowaniem i sprzedawaniem
ogólnodostępnych w sieci ofert…  Jak to się dzieje że po kilku minutach rozmowy schodzi ona
na takie tematy? Normalnie. Po podaniu ceny- ta cena to około pięćdziesiąt złotych miesięcznie.
Jednak to nie wypowiedzenie do słuchawki „czterdzieści dziewięć dziewięćdziesiąt miesięcznie”
wzbudza u nich takie emocje…

Oni po prostu NIE MAJĄ Z KIM ROZMAWIAĆ.

Chyba że to ja COŚ W SOBIE MAM?
Może kiedy wypowiadam np. „umowa będzie na 2 lata” swoim tonem, swoją barwą głosu,
gdzieś między wierszami tak na prawdę daję im do zrozumienia, że jestem odpowiednią osobą
do wysłuchania o ich problemach, może słychać w moim głosie jakąś psychologiczną fachowość
i COŚ mówi im:
To TA.

Myślałam, że przywykłam.
W końcu pracuję w tym charakterze już ponad dwa i pół roku. Słyszałam już na prawdę różne rzeczy.
Ale sama chyba też miewam gorsze dni, jak dziś. Po tym jak pan w średnim wieku napłakał mi do słuchawki,
że zostawiła go żona, skończyłam pracę trochę wcześniej.

W swojej pracy cenię sobie elastyczność moich pracodawców- mogę wyjść wcześniej,
czy nie przyjść wcale i odpracować w inny dzień. Nie wyobrażam sobie
niektórych dni przepracowanych do końca.
W pracy mam dostęp do informacji, ile godzin od momentu zatrudnienia przepracowałam każdego miesiąca.
Ostatnio między rozmowami podliczyłam, że przepracowałam już 2710 godzin.
To daje około 25 000 rozmów.
Podobno 1% społeczeństwa to ludzie psychicznie chorzy, będący zagrożeniem dla innych-
daje mi to 250 psychopatów..
Podobno 90% społeczeństwa deklaruje mniej lub bardziej poważne choroby psychiczne,
co z kolei daje wynik 22 500 rozmówców. Czyli statystycznie
2500 rozmówców było całkiem zdrowych na umyśle :)

Niech mi ktoś powie, że nie mam doświadczenia.

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii emocje, ja, praca