RSS
 

Notki z tagiem ‘słońce’

Listopad

12 lis

Właśnie że dobry był dziś dzień.
Co prawda… smarkało w twarz ni to mrzwką, ni to deszczem, źródłem światła zdawały się być jedynie ostatnie na jeszcze nieołysiałych drzewach jasno-żółte liście, a chłodny wiatr wpadał nosem, owiewał mózg i zgodnie z odczuwaną zasadą cyrkulacji powietrza
wylatywał uszami…

Ale przecież każdy dzień jest na coś DOBRY :)
To, że dzień nie jest dobry na paradowanie bez czapki, to jeszcze nie znaczy, że jest zły. Trochę więcej elastycznej kreatywności i każdy czas można wykorzystać lepiej!

A mówię to ja – człowiek, który ogarnia wszystko (oprócz siebie oczywiście. W stanie krytycznym zdarza się nałożenie kremu nagietkowego zamiast pasty na szczoteczkę do zębów, a także wybiegnięcie z domu w dwóch różnych butach i popłakanie się ze śmiechu z siebie…) i wciąż ma poczucie marnowanego czasu. Choć to poczucie chyba zwyczajnie miesza mi się z poczuciem tego, czego nie zdążyłam zrobić i tego, co jeszcze mam na głowie.

A trochę mam… Kiedy wreszcie przyjdzie ten dzień, w którym postawię ostatnią kropkę
na końcu wszystkiego i wreszcie będę mogła powiedzieć, że „ZROBIŁAM WSZYSTKO”?

Listopad zawsze taki był.

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii praca, studia

 

Zachód

20 lip

Widok

Jak można nie podziwiać Zachodów Słońca.
Przecież każdy jest inny. Co wieczór może zachwycać inną jasnością, innym kolorem i blaskiem.
Co chwilę rzuca na niebo inne światło, z minuty na minutę całkowicie zmieniając jego kolor, odcień i nastrój. A niebo codziennie, nawet kilka razy dziennie, może mieć inny nastrój. Na przykład czasem ze spokoju i radości nagle popada w niepohamowany gniew i agresywnie rzuca w Ziemię gradem z piorunami.
Mistrz huśtawek nastrojów!

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii blog

 

Dryf

08 kwi

Praktycznie każdy swój dzień zaczynam od picia kawy.
Poświęcam tej czynności należytą uwagę, zachwycam się jej ciepłem, smakiem i wyglądem.
W sumie to tylko kawa, ale co jeśli już nic miłego mnie tego dnia nie spotka? Szkoda więc,
żeby taka przyjemność uszła mojej uwagi. Tak podziwiając nachylam się bliżej kubka i
jak grom z jasnego nieba uderza mnie widok wynurzającego się z kawy odnóża.
Półcentymetrowa, włochata noga  kto wie czego  swobodnie i beztrosko faluje po powierzchni kawy.
Pytanie brzmi: Gdzie wobec tego jest teraz jeszcze tułów ze swoją nieparzystą liczbą odnóży?
W najlepszym wypadku owad lecący nad kubkiem tylko zrzucił nogę i poleciał dalej. Ale
co jeśli umył się w mojej kawie i teraz błądzi gdzieś  w nieprzezroczystym płynie?
Dedukując, jest jedno odnóże- musi być też drugie, głowa, tułów, odwłok…
Bear Grylls’em nie jestem i zalewa mnie dobrze znana fala ambiwalentnych uczuć,
bo szkoda wylewać, ale wstręt pić dalej.
I nie znalazłam.

Nie odzywałam się od dobrego tygodnia, a teraz wyjeżdżam  z takim ‚kałem’.. ;)
Wiem jak to może wyglądać. Może trzeba było jeszcze trochę pomilczeć.

Ale wreszcie wyszło Słońce  i mogę przerwać swój milczeniowy strajk przeciw zimie.
Spałam przy otwartych zasłonach i kiedy rano zobaczyłam tyle promieni słonecznych w swoim pokoju,
było to bardziej jak zmartwychwstanie, aniżeli tylko zwykła pobudka ;D
Dobrze, że droga do pracy długa, może zdążę się jeszcze nacieszyć, zanim na osiem godzin
zniknę w niebieskich murach mojej firmy.

 

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii ja